⭐️ SUKCES PO POZNAŃSKU ⭐️ Pierwsza lifestylowa strona o Poznaniu ⭐️  

Organizator:

Byłem w oku cyklonu

31.12.2021 14:05:40

Podziel się

30 stycznia, po raz 30., zagra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka. Przez pierwszych kilkanaście lat w Poznaniu z orkiestrowym graniem związany był Mariusz Kwaśniewski, dziennikarz muzyczny, prezenter, twórca radiowych programów muzycznych.

ROZMAWIA: Małgorzata Rybczyńska

ZDJĘCIA: Ewelina Jaśkowiak, Archiwum

Jesteś zaskoczony, że „do końca świata i jeden dzień dłużej” nadal trwa, że WOŚP wciąż gra?

Szczerze? Nie wierzyłem, że to tyle przetrwa. Pamiętam Waltera Chełstowskiego (współtwórca pierwszych finałów Orkiestry), który chyba po drugim czy trzecim finale WOŚP, przekonywał Jurka słowami „zrobiliśmy to, udało się, dajmy sobie już spokój”. Kiedyś przypomniałem Jurkowi te słowa, a On powiedział: „Wiesz, co mi w tym kraju najbardziej przeszkadza? Słomiany zapał!”. Dlatego podziwiam Jurka, bo to mega konsekwentny i uparty gość. I choć ludzie wokół Niego się zmieniają, On cały czas ma tę dużą umiejętność dobierania sobie współpracowników i Orkiestra wciąż gra. Dla mnie to jest fenomen.

Znasz Go dość dobrze. Jak na Niego patrzysz przez te wszystkie lata, widzisz zmiany?

Oczywiście, że tak. Czasu nie oszukasz, my też się zmieniamy. Ja już jestem starszym panem, Jurek też (śmiech). Jurek się zmienia, ale to nie oznacza, że brakuje Mu powera. On się wciąż uczy. Pamiętam, że bywając u Niego w Warszawie, zawsze zastanawiałem się, czy przeczytał te wszystkie mądre medyczne książki, które stały na półkach. Okazuje się, że tak i, mimo że jest to typ trochę autorytarny, potrafi słuchać, zwłaszcza lekarzy. I dlatego wie, o co w tym wszystkim chodzi, a to przekłada się na przetargi. Jest twardym negocjatorem w kontaktach z firmami produkującymi sprzęt medyczny.

Na pewno też hejt, który towarzyszy WOŚP, nie pozostaje bez wpływu na Jurka Owsiaka.

To prawda, zwłaszcza ten konflikt z kościołem, który był od początku. Myślę, że choć nigdy tak dosłownie nie zostało to zwerbalizowane, w tym konflikcie chodzi o ten „rząd dusz”. Owsiak przełamał monopol organizacji dotychczas kojarzonych z niesieniem pomocy i za to dostał i dostaje baty. Nie pamiętam, kto to powiedział, ale brzmiało to mniej więcej tak – i nie był to komplement – „im Owsiak robi więcej dobrego, tym bardziej jest niebezpieczny”. Jurek nie mógł tego nigdy zrozumieć. „Ale jak, przecież ja robię dobre rzeczy, o co wam chodzi?” – pytał retorycznie.

Byłeś w oku cyklonu, w centrum wydarzeń. Ile z tego, co widzieliśmy, było rzeczywiście spontaniczne, a ile wyreżyserowane na potrzeby show?

To musiało być przygotowane, ale to były tylko ramy, które treścią wypełniali ludzie. Przez pierwsze 10 lat byłem kimś na kształt koordynatora tego, co działo się w Poznaniu i wspólnie z Krzysztofem Ranusem z CKZ organizowaliśmy finały WOŚP. Byłem mocno zaangażowany nie tylko jako prowadzący, ale też od strony organizacyjnej. Dzwoniłem po sponsorach, organizowałem jakiekolwiek pieniądze na koncerty. Podczas każdego finału zawsze było coś lub ktoś, kto nas zaskakiwał, np. przynosząc skórę węża na licytację. Pamiętam też licytację trabanta przekazanego przez znaną posłankę wielkopolskiej lewicy. Oprócz tego, że był czerwony – a jakże – to jeszcze miał ogromny napis SLD. Napis zniknął i zrobiła się z tego afera. Z Krzysztofem Ranusem, nie wskazując, który z nas te literki odklejał, stwierdziliśmy, że ten napis, to było już za dużo, a i tak ze sceny mówiłem wyraźnie czyj to dar. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że to właśnie licytacje są taką „solą ziemi” WOŚP, tam zdarzają się rzeczy, których nie sposób przewidzieć. Teraz oczywiście jest Internet, ale pamiętam, jak po pierwszych finałach Krzysztof Ranus opowiadał mi, że widział ludzi wrzucających na zbiórkę swoje obrączki.

Orkiestrze zawsze towarzyszą ogromne emocje, które udzielają się wszystkim, a przynajmniej tym, którzy w niej uczestniczą. Podobnie jak Jurek Owsiak, Ty też wielokrotnie traciłeś głos po finale. Zresztą w ogóle Orkiestra kojarzy się z tym, że wszyscy mówią głośno, szybko i emocjonalnie.

Tak, to prawda… Z reguły traciłem głos wtedy, kiedy prowadziłem finały w telewizji. W tym ogromnym hałasie ledwo słyszało się w słuchawce kogoś ze studia, kto cię wywołuje. I kiedy ja tak słabo słyszałem, to wydawało mi się, że trzeba krzyczeć, żeby być słyszanym (śmiech). A emocje były zawsze, bo ludzie mają potrzebę bycia w grupie, pewnej wspólnoty. Co roku Jurek sprawia, że czujemy się częścią niesamowitej społeczności, że jesteśmy wobec siebie równi, oznaczeni czerwonym serduszkiem. Choć ostatnio ten symbol nabrał innego wymiaru, stał się deklaracją, określa, po której stronie sceny politycznej jesteśmy. Od kilku lat można powiedzieć, że im bardziej władza atakuje Jurka i WOŚP, tym więcej jest ludzi, którzy odczuwają potrzebę wsparcia Orkiestry i demonstrowania tego serduszka. Zresztą chyba nie ma w kraju miejsca, gdzie tego serduszka nie widziałem. Czy to górskie schroniska, czy dyrektorskie gabinety w szklanych wieżowcach.

Mimo wszystko kolejne finały WOŚP, to jednak ogromne przedsięwzięcia logistyczne i organizacyjne.

Oj, ogromne! A do tego dochodziły szalone pomysły Jurka Owsiaka. Myślę, że WOŚP bardzo zmieniła telewizję, zwłaszcza publiczną. Musiała się mocno przestawić, aby robić tak zwariowany program i nadążać za Owsiakiem. Jurek bardzo często na początku słyszał w TVP„ to się nie uda”. Ale się udawało i kręciło. To jest żywioł, ja się w tym doskonale czułem, ale to była gehenna, jeśli chodzi o pracę operatorów i realizatorów telewizyjnych. Wielu z nich było przyzwyczajonych do tego, że człowiek z mikrofonem stoi i mówi, a nie rusza się. Ja uwielbiałem wchodzić w tłum, między ludzi. Godziny wejść były rozpisane w ciągu całego dnia, ale bywało, że główny realizator, podglądając w Warszawie, co dzieje się w innych miastach, nagle tuż przed wejściem mówił „Poznań, czekacie…” i wpuszczał inne miasto. Czasem trwało to dobrych kilkanaście minut. To czekanie na mrozie, to był ciężki kawałek chleba. Mieliśmy tylko półtorej minuty na wejście, które musiało być dynamiczne, miasta w pewien sposób rywalizowały w atrakcjach, a tu czekasz i czujesz, jak schodzi powietrze, adrenalina spada. Zdarzały się też momenty, że byłem na antenie, ale nikt z wozu mi tego nie powiedział, a ja, żeby się rozgrzać wygłupiałem się, skacząc, albo tańcząc i… widziała to cała Polska. Potem musiałem się wszystkim tłumaczyć (śmiech).

W takim działaniu na żywo nietrudno o gafy i wpadki, które stają się anegdotami.

Ale dopiero po czasie. Kiedy się dzieją, tak różowo nie jest. Pamiętam finał, który prowadziłem w Poznaniu z Agnieszką Zielińską – Miss Polski. Na licytacji pojawiła się laska ówczesnego prezydenta Poznania Wojciecha Szczęsnego Kaczmarka. Nie zdając sobie sprawy, że stoję obok Miss Polski, powiedziałem „co my tu będziemy o takiej drewnianej lasce opowiadać, jak obok jest Agnieszka Zielińska”. Koledzy w wozie transmisyjnym, jak się później dowiedziałam, pospadali z krzeseł.

Pamiętam też, jak wymyśliliśmy, że na parkingu przed Zamkiem postawimy karuzelę. Wiadomo, że na zimę wszystkie wesołe miasteczka „się chowają”. Było ciężko, ale udało nam się w końcu namówić na przyjazd właściciela karuzeli, nawet załatwiliśmy transport. Ale w dniu finału był taki mróz, że karuzela zamarzła i nic się nie kręciło.

To wszystko dziś już mile wspominam. Z WOŚP spędziłem wiele czasu. Od kilku lat już nie organizuję koncertów i nie prowadzę finałów, ale mimo to nadal dzwonią do mnie ludzie z pytaniem, gdzie się zgłosić, aby zagrać z WOŚP. Mówiłem o tym, jak ważne są licytacje, ale ważne są też koncerty. Tam zbierają się ludzie, tam przychodzą wolontariusze. Ten show jest potrzebny, bo to sprawia, że ludzie chętniej wrzucają coś do puszki.

Przez 25 lat byłeś współodpowiedzialny za brzmienie Radia Merkury. Prowadziłeś znane, dla wielu słuchaczy kultowe audycje: sobotnie Radio Yesterday i poniedziałkowy Koncertowy Zamęt. To nie Ty odszedłeś, tylko się z Tobą pożegnano. Jak wielu innych, nie pasowałeś do nowej układanki. Czy istnieje życie poza radiem?

Dla mnie życie radiowca się nie skończyło. 31 października 2016 roku przestałem być pracownikiem Radia Merkury – masz rację, że nie z własnej woli. Ale już 2 listopada poprowadziłem pierwszą audycję pt. „Mariusz Kwaśniewski na żywo” w klubie Meskalina – była transmitowana w sieci. Pół roku później trafiłem do Radia Afera i tam swoją audycję prowadzę do dziś, co tydzień, w niedzielę od 20.00 do 21.00. A więc robię to, co lubię i nadal pracuję przed mikrofonem. Zabawne jest to, że audycję po mnie od 21.00 ma Krzysztof Ranus. A więc się kręci!