Organizator:

Cały świat jest komfortowy

27.10.2020 10:52:41

Podziel się

Angażuje się w rozwój miasta Poznania, realizując kolejne projekty dla lokalnych społeczności. Na co dzień wspiera ważne instytucje, wielkie firmy i małe startupy, pomagając im wybrać właściwy kierunek, spośród wielu dostępnych dróg. Przez pół roku intensywnie pracuje, by później medytować podczas wędrówki w Himalajach. O odnajdywaniu równowagi w chaosie rozmawiam z Arturem Brzyskim – konsultantem, managerem i społecznikiem.

ROZMAWIA: Dominika Job
ZDJĘCIA: Materiały własne

Miałam przyjemność obserwować jak rozwijasz firmę, w której pracowaliśmy. Skąd u Ciebie tak obszerna znajomość tematu zarządzania i budowania strategii?

Artur Brzyski:
Zawodowo pracuję od 16 roku życia. Od zawsze zarządzałem projektami lub zespołami. Mam również wykształcenie w tym zakresie, a także wiele lat doświadczenia managerskiego.

Na czym polega Twoja praca?

Jestem doradcą strategicznym i projektantem usług. Pracuję zarówno z wielkimi korporacjami, start-upami czy instytucjami państwowymi. Prowadzę konsulting w obszarze zmiany i innowacji, która sama w sobie jest zmianą. Moja praca najczęściej polega na dokładnej analizie tego, czego nie robić. Jest tak dużo chaosu i kierunków, w których można iść, że budowanie strategii ma na celu właśnie wskazanie obszarów, w których warto się rozwijać.

Szefowie firm, z którymi współpracujesz, tak po prostu zgadzają się na Twoje propozycje zmian?

Ufają mi, kiedy mówię, że wystarczy trzymać się wyznaczonej wspólnie strategii. Gdy pracowałem w firmie, w której przez rok nie udało się zrealizować założonego kolejnego kroku, postanowiłem odejść. Nudziłem się, miałem poczucie straconego czasu.

Okazało się, że mnóstwo firm ma te same problemy i one wcale nie potrzebują managera, który im to poukłada w całości, ale konsultanta, który po prostu jest w stanie przeprowadzić zmianę. Zawsze moją intencją było pracowanie w innowacji. Zauważyłem, że bardzo dobrze wychodzi mi etap transformowania pewnych rzeczy. Mając etatowe doświadczenia w kilku firmach, zauważyłem, że najwięcej energii i najfajniejsze rzeczy dzieją się wtedy, kiedy jest zmiana. Chciałem spróbować robić to jako freelancer.

I odszedłeś, chociaż nie miałeś innej pracy.

Oczywiście miałem obawy, że to się może nie udać. Kiedy mój pierwszy klient z branży IT przedstawił swój pomysł, przeszedłem z nim przez ten plan. Po mojej analizie wszystko wskazywało na to, że plan nie ma sensu. Pewnego dnia klient oznajmił, że podjął decyzję o rezygnacji, bo zrozumiał, że straciłby na swój pomysł kilka lat życia i mnóstwo pieniędzy. Bardzo mi za to podziękował…

Ale Ty przestraszyłeś się, że ludzie zaczną zamykać pomysły po rozmowie z Tobą? (śmiech)

Tak! Tym bardziej, że później była identyczna sytuacja z drugim klientem. Tak że mogę powiedzieć, że moi dwaj pierwsi klienci dzięki mnie czegoś nie zrobili. Bałem się, że będę kojarzony jako ten, który zamyka ludziom projekty. (śmiech)

Musiałeś intensywnie szukać klientów czy sami Cię znaleźli?

Moją intencją jest pomaganie ludziom, dlatego od zawsze byłem aktywny w różnych społecznościach. Stąd gdy tylko powiedziałem, że jestem wolny i dostępny, ludzie sami zaczęli się odzywać, polecać mnie.

Jesteś zaangażowany w pomoc różnym NGOSom. Dlaczego to robisz?

Większość mojej pracy polega na tym, że ktoś potrzebuje wsparcia i zgłasza się do mnie. W pierwszych latach mojej działalności najczęściej robiłem to za darmo lub po kosztach. Tak najczęściej współpracowało się z organizacjami pozarządowymi, które nie miały pieniędzy, ale ja i tak chciałem coś z nimi robić, bo temat mnie po prostu zainteresował. Tu odzywała się moja dziennikarska zaszłość. Dopiero teraz, po latach, kiedy zostałem kilka razy oszukany, nauczyłem się odmawiać. Nie chodzi o to, że nie zarobiłem, ale znowu o poczucie zmarnowanego czasu.

No tak, mogłeś w tym czasie zrobić coś innego.

Dokładnie tak, z ludźmi, którzy pociągnęliby projekt dalej. Skoro ktoś mi nie zapłacił, to mogłem te trzy miesiące pracy przeznaczyć np. na charytatywny projekt, który sam wybiorę. Miałem taki rok, że zmarnowałem aż 9 miesięcy, ponieważ oszukały mnie trzy podmioty. Ta sytuacja nauczyła mnie, że nie ma znaczenia z kim pracuję – czy jest to startup, poważna firma, czy duża instytucja. Od tamtej pory już trochę selekcjonuję te projekty. Wcześniej jak była potrzeba, to rzucałem się do pomocy. Teraz patrzę czy jest motywacja, świadomość, czy ta firma jest etyczna i co za nią stoi, i dopiero podejmuję decyzję o współpracy.

Angażujesz się także w wiele inicjatyw miejskich. Dlaczego?

Interesuje mnie miejskość, jako takie wdrożenie na świecie urządzenia, które jest absolutnie chaotyczne. Wszystko chcemy ogarnąć jakimiś regułami, chcemy urbanistyką ją urządzić albo jakąś inżynierią społeczną, albo PR-em, polityką, a czasami nawet przemocą. Próbujemy nadać mu pewne reguły, przez co miasto składa się z pewnych siatek nałożonych jedna na drugą. Ludzie zaczynają widzieć te miasta tylko na tle swojej siatki. Podoba mi się, że zaczynam widzieć te warstwy i połączenia między nimi.

Bardzo chciałem realizować projekty, które nie rozwijają się poziomo, jakby wzdłuż określonej warstwy, ale zaczynają czerpać od siebie. Można więc połączyć warstwę kultury z warstwą biznesu, nauki czy aktywizmu społecznego. Zacząłem patrzeć na miasto w ten sposób, że ma niesamowity potencjał łączenia kropek. Angażowałem się społecznie, żeby wyłapywać te rzeczy, które warto połączyć.

Na przykład prowadziłeś stronę i profil BaDaM Poznań.

Stworzyliśmy z tego markę. Ponieważ miasto ma swój dział statystyczny, który zbiera mnóstwo informacji, stwierdziliśmy, że na podstawie danych można coś zmienić. Wszyscy opierają się na opiniach, a być może, jeśli w przystępnej i atrakcyjnej formie podamy do dyskursu trochę danych, ludzie będą dyskutować w oparciu o nie. I faktycznie, kilka razy udało się opublikować takie dane, że media zaczęły robić temat wokół nich, a nie wokół opinii. To jest dzisiaj bardzo rzadkie, że opieramy się na faktach.

Poprowadziliśmy też kampanię pro podatkową. Podatki to okropnie nudna rzecz, ale udało się przedstawić temat rozliczania PIT tak, że kilkadziesiąt tysięcy ludzi się nim zainteresowało. Okazało się, że można to zakomunikować ciekawie i skutecznie.

Zakończył się właśnie etap projektu konsultacji społecznych wokół skweru Eki z Małeki. Co udało się Wam wypracować?

Na moim ukochanym Łazarzu przeprowadziliśmy badania w absolutnie nowatorski sposób, czyli najpierw zbadaliśmy potrzeby i oczekiwania mieszkańców, a dopiero później architekci zaczęli projektować, w oparciu o tę wiedzę, którą przeanalizowaliśmy. Potem testowaliśmy koncept z odbiorcami i poprawiliśmy go.

Na czele z Hanią Rzepecką, która była frontem całej akcji, przeprowadziliśmy szereg rozmów pogłębionych z mieszkańcami z każdej klatki wokół skweru, lokalnymi przedsiębiorcami i aktywistami, aby poznać ich potrzeby i oczekiwania. Zebraliśmy ogromny materiał. Nasza analiza dała jasne wskazówki architektom. Podczas testów prototypu zaprojektowanego rozwiązania wokół skweru, rozmawialiśmy już o niuansach, a nie o tym, że wszystko jest źle. Tu pojawiła się różnica między potrzebą a oczekiwaniem. Potrzebą jest móc usiąść sobie na ławce, ale oczekiwaniem jest, że ławka ma oparcie. I znowu, architekci bardziej wiedzieli czego nie robić niż co robić.

Czyli zaprojektowaliście plac, który odpowiada na potrzeby mieszkańców i stworzyłeś metodykę pod to, jak pracować przy takich projektach.

Za każdym razem chcę pokazać, że można coś zrobić poprzez niesilosowy sposób myślenia, poprzez łączenie kropek, ale też włączanie różnych metod. Skoro robię to za pieniądze publiczne albo pro bono, to chcę, żeby ktoś z tego mógł jeszcze raz skorzystać, gdy stanie przed podobnym problemem.

Jaki byłby Twój wymarzony projekt?

Chciałbym pracować z firmami, które robią ciekawe rzeczy, działają etycznie i odpowiedzialnie oraz przy projektach społecznych, które mają duży wpływ na ludzi, ich zdrowie, na dobrobyt, jakość życia.

Lubisz wychodzić ze strefy komfortu?

A czym jest strefa komfortu? Dla mnie to strefa, w której ustalasz jakieś reguły i one działają, a ty dzięki nim czujesz się spokojnie. Ja nie wierzę w reguły i przez to także w komfort. Uważam, że świat jest głównie chaotyczny, a ja w chaosie bardzo dobrze się czuję. Dlatego dla mnie cały świat jest komfortowy. Nie ma jako takiej strefy komfortu, są jedynie nowe sytuacje, w których muszę sobie poradzić, odkryć, jak się w nich zachować. Nie jaka ta sytuacja jest, jak działa i narzucić jej reguły, ale jak zaadaptować się do tego, co tu i teraz się dzieje. Chaos nie sprawia, że nie wiesz w jakim punkcie będziesz zaraz, tylko że w każdym momencie masz ileś dróg i dokonujesz wyborów.

Takim osadzaniem się w totalnym chaosie są Twoje wyprawy do Nepalu?

Dla kogoś z naszego kręgu kulturowego nie działają tam żadne reguły, które znamy. Działają za to ich reguły, których ja nie znam, przez to za każdym razem mam jakiś bodziec, reakcję i co chwilę jest coś nowego. Jest też duża radość, jak się coś udaje, a jak się nie udaje, to przynajmniej się czegoś uczę.

Całe życie jest próbą reakcji na to, co się właśnie wydarzyło. Ja się nie denerwuję, po prostu przyjmuję to i reaguję. Daje mi to dużo większy spokój wewnętrzny.

Pewności do podróży ekstremalnych dodaje Ci właśnie ta samoświadomość, że odnajdziesz się w każdej sytuacji?

Jeśli chodzi o moje podróże, to oczywiście tym pierwszym towarzyszył strach co tam będzie, czy ja na pewno dobrze zareaguję, czy mi się nic nie stanie. Ale będąc ciekawym świata, szybko wyłapuje się pewne reguły w tym chaosie innego kraju.

Na przykład na lotnisku szukasz numeru samolotu na tablicy rozkładu. A w Nepalu, gdy masz samolot o godz. 6, wsiadasz do samolotu o godz. 10, który wylatuje o godz. 12. Ale tam jest to absolutnie normalnie i jakimś cudem wszyscy lądują we właściwym samolocie i na właściwym lotnisku. Oni z kolei nie rozumieją naszych potrzeb, np. żeby numer lotu zgadzał się z tablicą odlotów, bo przecież tam każdy wie, który lot jest który.

Inną kwestią jeszcze jest to, że tam niczego nie można zaplanować ze względu na nieprzewidywalną pogodę, która dyktuje warunki. To są najwyższe góry świata, mają swój klimat i może być tak, że mgła zatrzyma cię na lotnisku przez 4 dni.

W końcu jednak docierasz w góry i rozpoczynasz swoją wędrówkę.

Wchodzę w stan medytacji, kroków, oddechów. Idę, oddycham, oddycham, idę. Wpadam w mantrę, nie trzeba o niczym myśleć. Umysł bardzo się wtedy oczyszcza. To jest pierwszy powód, dla którego jeżdżę w Himalaje. Drugim jest to, że takie góry uczą niesamowitej pokory i takiego ustawienia swojego ego i siebie w świecie. Są tak olbrzymie, że naprawdę można poczuć ich wielkość i pomyśleć, czym się jest wobec natury, wobec nieprzewidywalnych warunków atmosferycznych, bo klimat jest tam nieobliczalny. I ja tak ustawiam się wobec całego świata. Kiedy wracam z Himalajów, to jestem pełen pokory do tego, że jak coś mnie spotyka, to muszę sobie z tym poradzić.

Człowiek jest pyłkiem wobec natury i jej sił, ale też przebywając w innej kulturze, z zupełnie innymi wzorcami, jesteś tam też całkiem nieważna, niezależnie od tego, jak wielkie masz ego. Musisz umieć wtopić się w tłum i odnaleźć w tym byciu innym. Uczyć się odmienności, szanowania granic tego, w czym się różnimy. To daje mi możliwość bycia biernym uczestnikiem tego, co się tam dzieje, doświadczania innego życia, podglądania go i nieprzeszkadzania nikomu.

Takie wyprawy wpływają jakoś na Twoje życie w Polsce?

Z takich wyjazdów wracam pełen pokory i uspokojony. Ogólnie rzeczywistość na co dzień mnie bardzo nudzi i jest wyczekiwaniem tego, kiedy mogę pojechać w góry.

Mój work life balance polega na tym, że przez pół roku pracuję projekt za projektem, a pół roku nie pracuję wcale i poświęcam ten czas na podróże. Dlatego zawsze ustawiam sobie pracę pod konkretny wyjazd, który planuję z wyprzedzeniem.

Czujesz się człowiekiem sukcesu?

W mojej pracy chodzi o to, żeby to klienci odnosili sukcesy, czego im serdecznie życzę.

Nie ma jako takiej strefy komfortu, są jedynie nowe sytuacje,
w których muszę sobie poradzić, odkryć, jak się w nich zachować.

Góry uczą niesamowitej pokory i ustawienia swojego ego
i siebie w świecie.