🍂 Listopadowe wydanie dostępne na naszej stronie 🍁 zapraszamy do lektury 🍂 najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🍁 POLECAMY  

Organizator:

Dzielenie na potęgę

03.02.2022 13:53:04

Podziel się

Od trzech lat prowadzą w Mosinie jadłodzielnię. W tym samym czasie uruchomili książkodzielnię, a później już wysypał się worek z kolejnymi pomysłami. Tak powstała zniczodzielnia, czasowa muzodzielnia i wirtualna rehadzielnia. Organizują różne akcje, szukają domów dla bezdomnych zwierząt, pomagają sąsiadom, a w ubiegłym roku uruchomili w Mosinie i Puszczykowie DRooM, czyli sieć darmowych rowerów małomiasteczkowych. Kim są? Mieszkańcami. Jak przyznaje Marcin Niemczewski, skrzykują się, gdy jest taka potrzeba, i nie mają najmniejszego zamiaru zakładać żadnej fundacji czy stowarzyszenia.

ROZMAWIA: Anna Skoczek
ZDJĘCIA: Archiwum prywatne

Wszystko zaczęło się od jadłodzielni….
To jest coś, co dziś jest już dość popularne. Kilka lat temu tak nie było, a jeśli dołożymy do tego fakt, że jesteśmy mała gminą, to niewiele osób wróżyło nam sukces. Było to coś niespotykanego. Na pomysł wpadliśmy razem z żoną i po wielu perypetiach w końcu udało się ją uruchomić. Przy okazji tego przedsięwzięcia zebraliśmy grupę wolontariuszy i osób, które chciały pomagać.

Czasem jest tak, że grupa osób chcąca się dzielić jest spora, ale brakuje tych, którzy chcieliby z tej pomocy skorzystać.
Tego baliśmy się najbardziej. Wiedzieliśmy, że do lodówki będzie trafiało jedzenie, bo zebraliśmy grupę osób, które zadeklarowały, że będą tę lodówkę uzupełniać. Obawialiśmy się jednak, że może pojawić się problem w przełamaniu swojej bariery przed zabieraniem jedzenia do domu. Jadłodzielnię wsparliśmy więc książkodzielnią. Obok lodówki z jedzeniem ustawiliśmy regał z książkami. Chcieliśmy stworzyć odpowiednie warunki dla ludzi, którzy mogliby poczuć dyskomfort, podchodząc do lodówki. Sama książkodzielnia również sprawdziła się u nas bardzo dobrze, bo w pierwszym miesiącu działania właściciela zmieniło niemal 400 książek.

A kto korzysta z jadłodzielni?
Teraz można już powiedzieć, że mnóstwo osób i jest to pełen przekrój społeczny. Są to zarówno osoby dobrze sytuowane, jak i ludzie w kryzysie bezdomności. Jadłodzielnia znajduje się niedaleko bardzo prężnie działającego w Mosinie targowiska. Niedaleko też znajduje się miejsce, w którym schronienie znajdują właśnie osoby bezdomne. Nawiązaliśmy z nimi stałą współpracę i dziś są oni odpowiedzialni za utrzymywanie jadłodzielni w czystości. Pilnują też, żeby nikt jej nie zniszczył. Opiekowanie się tym miejscem okazało się też mieć całkiem dobry skutek. Dwie osoby wyszły już z uzależnienia i podjęły pracę w lokalnych firmach. Taki efekt sprawił nam niesamowitą radość.

Pomysł zdobył spory rozgłos medialny.
Założyliśmy profil w mediach społecznościowych, udało nam się zaangażować do pomocy wiele osób. Dziś już sami często pomagamy innym miastom w rozwijaniu tego typu inicjatyw. Kiedy rosła grupa wolontariuszy, pojawiały się też nowe pomysły. W ten sposób powstała na przykład zniczodzielnia. Mamy też rewelacyjnie działającą rehadzielnię. Mówimy tu o dzielni wirtualnej, gdzie za pośrednictwem profilu ludzie pożyczają sobie między innym sprzęty takie jak ortezy czy kule. Akcje, które teraz organizujemy, angażują w sumie naprawdę setki czy nawet tysiące osób, co, biorąc pod uwagę wielkość miasteczka i gminy, jest kosmicznym wynikiem. Mosina ma około 14 tysięcy mieszkańców, a cała gmina około 30 tysięcy.

Ile jest już tych wszystkich „dzielni”?
Mamy dwie książkodzielnie. Jedna jest przy jadłodzielni, druga przy dworcu kolejowym. Działa jadłodzielnia w Mosinie i szykujemy się do otwarcia kolejnej w Puszczykowie. Mamy zniczodzielnię i działającą wirtualnie rehadzielnię. Czasowo uruchomiliśmy też muzodzielnię w porozumieniu z ekipą mollDur. Okazało się bowiem, że są u nas dzieci, które rezygnują z gry na instrumencie, ponieważ nie mają pieniędzy na jego zakup. Rzuciliśmy hasło, zebraliśmy instrumenty i dzisiaj dzięki akcji kilkoro dzieci może rozwijać swój muzyczny talent. Jesteśmy z tego dumni.

Ale to chyba nadal nie jest koniec waszej działalności w Mosinie?

Włączyliśmy się aktywnie w akcję rozpowszechniania różowych skrzyneczek. Działamy we współpracy z Fundacją Akcja Menstruacja i Fundacją Różowa Skrzyneczka. Uruchomiliśmy w Mosinie już kilkanaście takich punktów. Znajdziemy je w szkołach, w instytucjach publicznych, miejscach ogólnodostępnych i nawet w prywatnych firmach, takich jak salony kosmetyczne. Mamy największe zagęszczenie skrzyneczek w przeliczeniu na 100 mieszkańców w całej Polsce. Ale sadzimy też drzewa, mamy akcję dziesięć kanapek, szukamy domów dla bezdomnych zwierząt, organizowaliśmy akcje wspierające szpitale. Zorganizowaliśmy grupę, która pomagała naszemu sąsiadowi przebrać kilkadziesiąt ton ziemniaków. Miał on bardzo trudną sytuację i musiałby robić to sam. Nam udało się zaangażować do akcji szkoły, zakład poprawczy, wolontariuszy. Po raz kolejny udowodniliśmy, że nie ma takiej rzeczy, której nie dalibyśmy rady zrobić wspólnie.

Co w trakcie takich działań zaskoczyło Cię najbardziej?
Niektóre akcje przerosły nasze oczekiwania. Przykładem było szycie maseczek dla szpitala w Puszczykowie. Chcieliśmy uszyć im kilka tysięcy, ostatecznie uszyliśmy ponad 50 tysięcy i wszystkie bezpłatnie przekazaliśmy do kilkudziesięciu szpitali i Domów Pomocy Społecznej w całej Polsce. Koleżanka, do której mieszkania trafiały materiały, w szczycie akcji miała pod domem kolejkę kilkunastu samochodów dostawczych. Maski szyło w sumie ponad 200 osób. I najpiękniejsze jest to, że praktycznie wszystkie akcje organizujemy bez finansowania z zewnętrz.

Jak to się stało, że uruchomiliście w końcu sieć darmowych rowerów?
Wszystkie „dzielnie” spowodowały, że zdobyliśmy ogromne zaufanie wśród lokalnej społeczności. Ludzie przekazywali nam coraz więcej różnych rzeczy. Pojawiały się też rowery. Pomyślałem, że skoro już są, to można je jakoś oznakować, oddać do użytku zupełnie za darmo. Tak, żeby było inaczej, niż to jest w dużych miastach. Chciałem, żeby były na tyle brzydkie, żeby nikt nie chciał ich kraść. Jeden taki pomalowany i oklejony przeze mnie rower wypuściłem zresztą na ulicę i zaczęliśmy na ten temat rozmawiać. No i jak to zazwyczaj u nas bywa, skrzyknęło się kilka osób, które chciały zaangażować się w to bardziej, i tak powstało logo, wymyśliliśmy nazwę i opracowaliśmy całą koncepcję naszego projektu. Tu kluczową rolę odgrywa Artur – pasjonat rowerów i artysta kowalstwa. Kiedy wspólnie ogłosiliśmy publicznie, że mamy taki plan, okazało się, że chętnych, którzy chcą nam przekazać rowery, jest tak dużo, że nie nadążamy ich odbierać.

A ja się chciałam spytać, ile z tych rowerów już Wam ukradli…

Kilka oczywiście ukradli, ale przecież wiemy, że nawet w Poznaniu, gdzie rowery i hulajnogi są „płatne”, to też lądują w jeziorach czy w rzece. To się zdarza wszędzie. U nas do tej pory zdarzyły się dwa takie przypadki i jest to naprawdę marginalna sprawa. Skupiamy się na tych rowerach, które służą ludziom. Do tej pory wypuściliśmy już na ulice niemal 30 rowerów. Część z nich jeździ też po Puszczykowie, które widząc, co się dzieje w Mosinie, stwierdziło, że zrezygnuje z płatnego systemu rowerów miejskich i poprosiło nas o 10 rowerów. Odbieramy je czasem, naprawiamy, przestawiamy w bardziej dostępne miejsca. I to nie koniec, bo w marcu udostępnimy mieszkańcom kolejne i wtedy powinno być ich już ponad 50.

Stworzycie jakiś system do ich wypożyczania?
Na pewno nie powstanie żadna aplikacja, która będzie umożliwiała ich wypożyczenie, bo wiemy, że tego typu rozwiązania mogą być dla wielu sporym ograniczeniem. Mam tu na myśli szczególnie starsze osoby, które w mniejszych gminach bardzo często jeżdżą rowerami.

Jakie sytuacje z rowerami były najfajniejsze?
Zgłosił się do nas na przykład doktor z Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, który bada temat rowerów miejskich w całej Polsce. Przyjechał do Mosiny, żeby na własne oczy zobaczyć, jak to działa. Na początku mieliśmy też sporo zabawnych sytuacji, bo ludzie widząc zadbane rowery, chowali je u siebie. Myśleli, że ktoś o nich zapomniał i nie chcieli, żeby je ktoś ukradł, więc wystawiali ogłoszenia, że znaleziono taki i taki rower. Teraz już chyba wszyscy w Mosinie wiedzą, że to Darmowy Rower Małomiasteczkowy i cały czas zresztą mamy najlepszy monitoring. To monitoring sąsiedzki, więc jesteśmy o nasze rowery spokojni.

Założycie w przyszłości jakieś stowarzyszenie albo fundację?
Mam złe doświadczenie, jeśli chodzi o funkcjonowanie stowarzyszenia. W pewnym momencie stwierdziłem, że wszystko działa lepiej, jeśli ludzie się spontanicznie skrzykują i pomagają, bo mają na to ochotę i czują, że chcą to robić. Mamy tu fantastyczną ekipę genialnych ludzi, z którymi zmieniamy świat. Nie korzystamy też z finansowania zewnętrznego. Czasem organizujemy tylko jakieś zbiórki albo dostajemy wsparcie od osób prywatnych. Ale korzystamy z tego tylko wtedy, kiedy naprawdę na horyzoncie pojawi się większy wydatek. Z większością jesteśmy w stanie radzić sobie sami.

Nie masz czasem dość?
Nie (śmiech). To co robimy, nakręca mnie jeszcze bardziej. Ale to jest siła grupy, energia fantastycznej ekipy. Oczywiście zdajemy sobie sprawę z tego, że wszystkie rzeczy czasem się po prostu kończą. Z czasem pojawią się pewnie takie projekty, które nie wypalą albo po prostu będą słabe. Jesteśmy na to przygotowani. Kiedyś zresztą nie było naszej grupy i życie w Mosinie istniało. Będzie też istnieć dalej, nawet jeśli my przestaniemy działać. Póki co jednak powtarzam jak mantrę hasło naszego projektu rowerowego: DRooMs come true!