⭐️ SUKCES PO POZNAŃSKU ⭐️ Pierwsza lifestylowa strona o Poznaniu ⭐️  

Organizator:

Dziesięć lat w poznańskim kryminale

07.01.2022 12:47:44

Podziel się

Michał Larek pisze książki, opowiadania, nagrywa podcasty, filmy, audioseriale, prowadzi zajęcia z kreatywnego pisania i storytellingu. Większość swojej energii poświęca na zgłębianie kryminalnych zagadek. Przede wszystkim tych poznańskich. Czy w historii Poznania była taka zbrodnia, która zmieniła miasto?

ROZMAWIA: Anna Skoczek
ZDJĘCIA: Karol Małolepszy

Czy Poznań ma piętno jakiegoś głośnego morderstwa?
Pytanie jest filmowe, bo zakłada, że są takie wydarzenia, które zmieniają świadomość ludzi. Pamiętam, jak rozmawiałem z mecenasem Waldemarem Ciszakiem przy okazji zbierania materiałów do książki „Martwe ciała”. Pytałem się, jak Go to zmieniło, bo dla mnie historia Edmunda Kolanowskiego była wstrząsająca. On i policjanci, z którymi rozmawiałem… niemal wszyscy odpowiadali, że dla nich to nie było nic wyjątkowego. Ostatnio odwiedziłem też doktora Kordela, który przeprowadzał sekcję zwłok jednej z ofiar Kolanowskiego, i też pytałem o towarzyszące Mu emocje. Odpowiedział mi, że prawie nic nie pamięta...

Historia zaginięcia Ewy Tylman nie zmieniła Poznania?
Na pewno zbulwersowała, wywołała pewnego rodzaju ekscytację. W związku z tym, że do dziś nie została rozwiązana i jest tam mnóstwo znaków zapytania, ciągle jest na tapecie. Ale nie powiedziałbym, że zmieniła miasto. Nie mogła zmienić, bo to jest, w ogólniejszym wymiarze, zwyczajna historia zaginięcia, która z pewnych powodów zwróciła uwagę całej Polski. Oczywiście, dla rodziny była, jest i będzie to wielka tragedia.

To w takim razie jaka jest ta najbardziej makabryczna poznańska zbrodnia?
Moim zdaniem najbardziej poruszającą i niepowtarzalną była właśnie sprawa Edmunda Kolanowskiego. Chociaż równie ważną historią, o której słucham od kolegów policjantów, jest sprawa Jarosława Ziętary. To zdarzenie jest papierkiem lakmusowym początków lat 90. W nim odbijają się tamte czasy – biznes, mafia, dziennikarze, którzy zmieniali rzeczywistość, duże pieniądze. Jarosław Ziętara chciał po prostu poznać prawdę. Tak sobie myślę, że może to jest najważniejsza poznańska sprawa.

Jak to się stało, że tak bardzo zaangażowałeś się w te wszystkie kryminalne historie?
Tak naprawdę, jak wszystko w moim życiu, była to kwestia przypadku. Spotkałem się z moim wujkiem, który był kiedyś prokuratorem, a teraz jest prawnikiem, adwokatem. W pewnym momencie rozmowa zeszła właśnie na ciekawe historie kryminalne. Opowiedział mi wtedy o swoim koledze, który studiował prawo, a potem prowadził kilka spraw… Jedną z nich opisaliśmy później w podcaście. Od tego spotkania minęło już ponad 10 lat, ale to właśnie wtedy zacząłem zagłębiać się w ten świat. Później już siłą rozpędu pojawiały się kolejne znajomości, rozmowy z osobami bezpośrednio zaangażowanymi w rozwiązywanie głośnych i ciekawych spraw.

Efekt kuli śniegowej…
Tak to można ująć. Różni ludzie odzywali się też do mnie spontanicznie. Tak było z nadkomisarz Kingą Fechner, która poprosiła mnie o autograf w książce „Martwe ciała”. Później okazało się, że nadajemy na tych samych falach i zaczęliśmy współpracować. Zresztą Ona otworzyła mi oczy na jeszcze jeden ważny aspekt. Do tej pory moje powieści, opowiadania i podcasty skupione były głównie na dwóch rodzajach pracy policyjnej. Na pracy dochodzeniowej i operacyjnej. Kinga wskazała mi wydział, który Jej zdaniem jest „matką policji”. Jest to prewencja, będąca najbliżej życia codziennego i najbliżej ludzi.

Nie czujesz zmęczenia zajmując się od tylu lat sprawami kryminalnymi? Przesytu tymi wszystkimi ciężkimi tematami, emocjami, tragediami…
Raz po raz czuję dyskomfort. Byłem kiedyś w sądzie w Słupsku i czytałem akta sprawy dotyczącej nakłaniania do samobójstwa. Tym nakłaniającym był ksiądz, a jego ofiarami młodzi chłopcy. Szczególnie nękał jednego, którego wcześniej molestował. Protokoły były bardzo drobiazgowe i dokładne. Opisywały, co ksiądz robił temu chłopakowi... Czułem się po tym naprawdę źle i przyznam szczerze, że do dziś nie wykorzystałem tego materiału. Kilka dni temu byłem u Pana Andrzeja Tylmana, taty Ewy Tylman. Rozmowa była spokojna, bardzo ciekawa, ale też przejmująca. Po raz kolejny poczułem takie ukłucie w sercu. Czasem faktycznie myślę, że w końcu przestanę zajmować się true crimem.

Przebranżowisz się?
Przy podcastach zostanę na pewno, bo bardzo lubię rozmowy z ludźmi. Zaczynałem zresztą jako ktoś, kto robił rozmowy z pisarzami dla magazynu „Czas kultury”. To było prawie 20 lat temu. Z tej perspektywy przyznam, że rozmowy z policjantami są bardziej energetyzujące. Ostatnio żona podpowiedziała mi, żeby zrobić też osobny kanał albo cykl rozmów z kobietami. One zresztą coraz chętniej zaczynają opowiadać swoje historie i są one zupełnie inne, niż historie opowiadane przez mężczyzn.

Kolejny projekt, mimo że 2021 był już i tak dla Ciebie bardzo intensywnym rokiem?
Nawet powiedziałbym, że był wyczerpujący i ja już ledwo zipię (śmiech). Dużo różnych zaproszeń, projektów, wiadomości z pomysłami, adresami, linkami, nawet telefonami. Czasem miałem wrażenie, że nie wyrabiam. Myślę, że za jakiś czas, jeśli chodzi o podcasty, stworzę team ze wsparciem researchowym i pisarskim.

Obszar Twojej działalności jest ogromny. Podcasty, audiobooki, serial kryminalny, książki, zajęcia z młodzieżą… Ile godzin ma Twoja doba?
Niestety standardowo 24. Czasem tylko wydaje mi się, że ja i tak jestem słabym zawodnikiem, bo na przykład Remigiusz Mróz wydaje rocznie 10 książek (śmiech). Mówiąc szczerze, bardzo dużo czasu zajmuje mi zbieranie materiałów do podcastów. Zawsze daję w nich ludziom nowe treści. Chcę, żeby wnosiły coś do sprawy, nawet jeśli miałaby to być jedna scenka, jeden smaczek czy jedna nowa informacja. Czasami jednak tego jednego szczegółu trzeba się naszukać.

Gdybyśmy mieli się pokusić o podsumowanie roku 2021, to jaki on był?
Jestem bardzo zadowolony z audioserialu, który zrobiliśmy wspólnie z Marcinem Myszką. Nabrałem apetytu na kolejne i w ogóle… na napisanie scenariusza serialu. Jestem też zadowolony z mojej ostatniej powieści „Nienawiść”. To był eksperyment, bo po raz pierwszy przeniosłem się w swojej twórczości do współczesności. Jak do tej pory jest to moja najlepsza książka. Cieszę się też, że wspólnie z moimi rozmówcami tworzę wokół swoich podcastów społeczność. Jest to takie małe uniwersum. Głównie, póki co, z poznańskimi szkiełami, ale ta społeczność wzbogaca się o kobiety, narratorki. Jestem bardzo zadowolony z nawiązania znajomości z nadkomisarz Kingą Fechner. Nie mogę już doczekać spotkania z inną, bardzo ważną kobietą w policji...

Z kim?
Jeszcze nie mogę o tym mówić. Proszę trzymać kciuki!

Czy to jest tak, że książki są efektem wielu miesięcy Twojej pracy, a w podcastach pokazujesz proces zbierania materiałów?
Dla mnie już od jakiegoś czasu książki wcale nie są najważniejsze, stanowią jedynie element większej układanki. Interesuje mnie robienie opowieści transmedialnej, opowiadanej za pomocą różnych mediów i na różnych kanałach. Jeśli ktoś na przykład przeczytał „Chirurga”, powieść osadzoną w latach 80, to może mieć pewność, że znajdzie jakieś dodatkowe informacje i spin offy na innych kanałach. Na przykład parę miesięcy temu skończyłem opowiadanie o roboczym tytule „Zabójcza obsesja”, które jest zaginionym ogniwem „Chirurga”. Jest tam miesiąc przestoju, w którym śledczy nie mają żadnego punktu zaczepienia. W opowiadaniu wymyśliłem to tak, że policjanci pojechali gdzieś sprawdzić trop, który okazał się ważny, ale w innej sprawie. Oprócz tego, jeśli ktoś jest bardzo mocno zainteresowany sprawą opowiadaną w „Chirurgu”, to może zajrzeć do książki, która jest punktem wyjścia tej historii, czyli do „Martwych ciał”. Ale musi też wiedzieć, że zrobiłem później audioserial, w którym pojawia się mnóstwo nowych wątków.

I na tym też nie skończyłeś…
Po audioserialu pojechałem na cmentarz z byłym milicjantem, Stanisławem Sobczakiem, i nagrałem Jego opowieść, która nie znalazła się ani w serialu, ani w książce. U mnie jest tak, że jak opowiadam jakąś historię, to można mieć pewność, że ona nie jest zakończona.

Jakie masz plany na 2022 rok?
Mam nadzieję, że ten rok zakończy się wykonaniem projektów, które wcześniej zaplanowałem i w końcu będę miał przez chwilę więcej wolnego czasu. Chciałbym przede wszystkim skończyć serię Dalberg. To trylogia, więc zostały mi jeszcze dwa tomy. Planuję skończyć książkę dla wydawnictwa Znak. Będzie to zbiór reportaży z samobójstwem w tle. Skończę też wszystkie opowiadania do drugiego tomu „Zabójczych opowieści”. No i podcasty. Chciałbym raz jeszcze nagrać opowieści majora Wojtyniaka w lepszej jakości i wydać to później w formie książki. Jest jeszcze kapitan Czechanowski. Niesamowicie się rozgadał. Ostatnio opowiedział mi jeszcze o słynnej sprawie z 88 roku. Chodzi o napad w Bogucinie na słynnego badylarza o nazwisku Maciejewski. Zresztą w trakcie rozmowy zdradził mi ciekawostkę na temat gangstera o ksywie Makowiec. Słyszałaś o nim?

Oczywiście.
Dużo ludzi jest przekonanych, że ksywa wzięła się od ulicy, przy której mieszkał, czyli od Maków Polnych. Kapitan Czechanowski twierdzi, że Makowiec wziął się od nazwiska Eugeniusza Makowieckiego, czyli od badylarza z Bogucina. Podobno Makowiec, kiedy był młody, chciał być taki jak on.

------------------------------------------

Edmund Kolanowski – seryjny morderca, nekrofil, skazany na karę śmierci i stracony. Przyznał się do morderstwa i okaleczenia Kazimiery G. w 1970 roku w Baborówku, morderstwa 20-letniej kobiety w Warszawie, morderstwa i okaleczenia zwłok 13-letniej dziewczynki na Naramowicach, a także, między innymi, do profanacji zwłok zmarłej sąsiadki, do okaleczenia zwłok znajdujących się w kaplicy cmentarnej w Nowej Soli, porwania i okaleczenia zwłok kobiety z kaplicy cmentarnej na Naramowicach w Poznaniu, wykopania i profanacji zwłok na cmentarzu Miłostowo w Poznaniu. Okaleczanie zwłok kobiet polegało na wycinaniu piersi i narządów płciowych. Wycięte narządy przyszywał do manekina, a po kilku dniach części zwłok palił w piecu.