🌻 wrześniowe wydanie Sukcesu 🌻 zapraszamy do lektury 🌻 najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🌻 POLECAMY  

Organizator:

Jestem manekinem własnej firmy

01.03.2022 11:00:29

Podziel się

W domu Państwa Stachowskich pali się w kominku. Do salonu nieśmiało zagląda słońce. Na podłodze przeciąga się kot. Z głośników wydobywa się delikatna muzyka. Z tyłu, w ogrodzie zimowym, stoi piękny, zabytkowy motocykl. Tuż obok, na wieszaku, wisi część kolekcji Evolution wiosna/lato 2022, która za chwilę trafi do sklepów stacjonarnych i do Internetu. Dotykam jedną z koszulek polo. Jest doskonale odszyta, z wysokiej jakości materiału, z niezwykłą dbałością o detal, a nawet o metkę. Nic dziwnego, skoro Robert Stachowski, właściciel marki, osobiście dogląda każdej kolekcji. Pewnie dlatego, niezmiennie od 30 lat, doskonale radzi sobie na rynku odzieży męskiej, a panowie chętnie do niego wracają. Firmę prowadzi wspólnie z żoną Aleksandrą. Mieli wiele momentów zwątpienia, kiedy rynek zalewały tanie sieciówki i kiedy pojawiło się ryzyko, że Robert nie dożyje 50 lat. Mimo tego nigdy się nie poddali, bo im się po prostu chce! Do tego są wspaniałymi i ciepłymi ludźmi, od których trudno wyjść... I wciąż idą do przodu.

ROZMAWIA: Joanna Małecka
ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

Zatrzymałam się przy motocyklu…

Robert Stachowski: O, widzę, że lubi Pani motocykle.

Lubię, mój narzeczony jeździ.
Na tym konkretnym zjeździliśmy z rodzicami całą Polskę. Proszę zobaczyć, nawet mam tutaj zdjęcie z tamtych czasów. Zrobione zostało przy nieistniejącym już ośrodku wypoczynkowym w Dziwnowie. Tata był wielkim fanem jednośladów. Sam naprawiał motocykle, rozbierał i składał na nowo. Zmodyfikowanym motocyklem startował nawet w zawodach. O, tutaj mam pamiątkę z tamtych czasów. Proszę zobaczyć.

Na korytarzu stoi, będący wciąż na chodzie, sportowy motocykl z 1969 roku.

To jest autentyczny model, na którym tata się ścigał. Jeździliśmy z Nim na wszystkie mistrzostwa w Polsce i za granicą. To była Jego wielka pasja. Po pracy, a pracował w Stomilu, od razu wpadał do garażu, gdzie majstrował przy motocyklach. Do domu wracał późno w nocy. Mając 50 lat jeszcze stawał na podium na Torze Poznań, był sześciokrotnym mistrzem Polski.

Przejął Pan pasję po tacie?
Nie. Ja byłem tylko obserwatorem i kibicem. Nie odważyłbym się konkurować z autorytetem. Oprócz pasji do motocykli, tata uwielbiał muzykę, podobnie jak dziadek. Niestety, choroba serca spowodowała, że po operacji bajpasów nie wyszedł ze szpitala. Miałem wtedy 23 lata. Stanąłem przed pytaniem, co dalej robić w życiu. Byłem na początku drugiego roku studiów pedagogiki, przez sześć lat grałem na perkusji w różnych zespołach, z którymi koncertowałem i nagrywałem płyty. Graliśmy na festiwalach w Sopocie, Opolu, Zielonej Górze. To był cudowny czas. Ale po śmierci taty musiałem zająć się rodziną. Szybko dorosłem.

I co Pan zrobił?
Myślę, że moim życiem pokierował przypadek. W tamtym czasie znajomy zaoferował mi wyjazd turystyczno-handlowy do Turcji. Był to czas przemian, 1989 rok, w Polsce brakowało wszystkiego. Każdy towar, który przywoziło się wtedy z zagranicy, schodził na pniu. Z tego wyjazdu przywiozłem kilka rzeczy, w sumie tyle, ile zmieściło się w walizce. Rozeszły się błyskawicznie, aż byłem zdumiony.

Co Pan przywiózł?
Koszulki, spodnie. Widząc, że jest zainteresowanie, na kolejne wyjazdy brałem dwie torby, potem trzy. Przywoziło się tyle, ile zmieściło się w torbach. Wtedy rozumiałem, dlaczego autokar jedzie w połowie pusty – na tylnych siedzeniach po prostu pakowaliśmy nasze zakupy. Pamiętam, że wyjazdy organizowała nieistniejąca już firma Alma Tour. Kupowaliśmy na lokalnym bazarze i sprzedawaliśmy w Polsce. Okazało się, że jest to doskonały pomysł na biznes.

Kto z Panem podróżował?
Zazwyczaj byli to ludzie, którzy mieli swoje sklepiki albo handlowali na bazarach. Ja sprzedawałem towar do renomowanych sklepów w Poznaniu. Poza tym miałem klientów, którzy przyjeżdżali do mnie do domu i w ciemno brali wielkie torby ubrań.

Nie bali się tego, co tam jest?
Może to zabrzmi nieskromnie, ale chyba wiedzieli, czego się mogą spodziewać i znali mój gust. Byli pewni, że przywiozę tylko takie ubrania, które na pewno znajdą swojego odbiorcę. Sam w nich chodziłem, bo były naprawdę bardzo ładne i dobrej jakości. Proszę mi wierzyć, że w tamtych czasach można było zarobić duże pieniądze. Oczywiście pojawiła się konkurencja, ale ja wtedy zdecydowałem się na otwarcie własnych sklepów odzieżowych, więc przywiozłem towar wyłącznie dla siebie. Zacząłem latać do Turcji samolotem. Bilety lotnicze były wtedy bardzo drogie. Żeby je kupić, musiałem sprzedać swojego malucha. Nie żałowałem, bo miał okropny, niebieski kolor (śmiech). Zainkasowałem za niego 340 dolarów i to był mój kapitał początkowy. Tak to wszystko się zaczęło.

Gdzie powstał Pana pierwszy sklep?
Pierwszy znajdował się na ulicy Szewskiej, nazywał się „For You” i była tam moda damsko-męska. Następny, o wdzięcznej nazwie „Gentelmen”, otworzyliśmy na ulicy Strzeleckiej. Mieliśmy tam wyłącznie kolekcje mody męskiej, które częściowo przyjeżdżały z Turcji, a częściowo z małych, polskich fabryk. Później głód rynku był tak duży, że w jednym roku uruchamialiśmy kolejne 2, 3 sklepy. Mieliśmy sklep w pasażu na Świętym Marcinie, w Pasażu Rondo, zaczęliśmy celować w inne miasta, takie jak: Warszawa, Szczecin, Gorzów Wielkopolski, Czeladź. Kiedy jak grzyby po deszczu wyrastały galerie handlowe w Poznaniu, byliśmy prawie w każdej z nich. I to wszystko świetnie funkcjonowało do czasu.

Aż nie weszły na rynek sieciówki?
Dokładnie tak. Miały potężny kapitał, mogli i zalali rynek. I to był pierwszy moment w naszej działalności, kiedy musieliśmy zweryfikować swoje działania i zastanowić się, co robić dalej. Byliśmy wtedy z żoną Aleksandrą po 10 latach pracy, dokonaliśmy pierwszej zmiany wizerunku naszych sklepów nazywając je „Fabryka Mody”. Zastrzegliśmy nazwę. Oferowaliśmy przede wszystkim polskie marki różnych producentów, dobierając ich kolekcje do naszych salonów. Wciąż jednak koncentrowaliśmy się na modzie męskiej. I nagle sklep „For You” okazał się miejscem, w którym nie mam kompletnie nic do powiedzenia, bo zwyczajnie nie znam się na damskiej modzie. Skupiłem się więc na modzie męskiej.

Wyposażał Pan sklepy godnie ze swoimi osobistymi preferencjami?
Na pewno tak, jeśli chodzi o dobór marek. Wciąż jednak byliśmy sklepami multibrandowymi, nie mieliśmy swojej linii produktów. Kolejne wielkie firmy wdzierały się na polski rynek i znów musieliśmy zdecydować o zmianie strategii. W tamtym czasie, oprócz sklepów, mieliśmy też dwa boksy na giełdzie odzieżowej, w których handlowała cała nasza rodzina. W porę zorientowaliśmy się, że nie możemy sprzedawać tych samych produktów na giełdzie i w galeriach, bo mamy zbyt dużą różnicę w cenach i zaczynamy sabotować własny biznes.

A w galeriach musiało być drożej, bo przecież mieliście wysokie czynsze, prawda?
Wysokie to mało powiedziane. Bywało, że płaciliśmy ponad 20 tysięcy złotych miesięcznie za jeden sklep, a w szczytowym momencie mieliśmy ich 11. Dlatego w 2000 roku zaczęliśmy zamykać te nierentowne. Lata 2004 i 2005 były dla nas przełomowym czasem, kiedy to nastąpiła nasza ewolucja. Postanowiliśmy zainwestować we własną markę. Teraz już Pani wie, skąd się wzięła jej nazwa.

Dziś Evolution jest marką.
Jest, ale zanim to nastąpiło, upłynęło dużo czasu. Może dlatego do dziś jesteśmy obecni na rynku, podczas gdy niektórzy moi koledzy z branży już dawno zamknęli swoje biznesy.

Aleksandra Stachowska: Przetrwaliśmy przede wszystkim dlatego, że nigdy nie wydawaliśmy więcej pieniędzy niż mieliśmy. Nasze inwestycje były przemyślane. Zawsze pracowaliśmy na swoim kapitale, nigdy nie zadłużaliśmy się ponad swoje możliwości. Oczywiście mieliśmy kredyt pod zastaw domu, ale wiedzieliśmy, że będziemy w stanie go spłacić.

Jak wyglądała praca nad marką Evolution?
Zauważyłem, że w naszych sklepach bardzo dobrze sprzedają się swetry i to bez względu na porę roku.

Wiem, bo niejeden Wasz sweter podarowałam tacie w prezencie.
O, bardzo się cieszymy. Tata był zadowolony?

Tak, chodzi w nim już kilka lat.
No właśnie, i to jest jeden z naszych problemów (śmiech). Produkujemy bardzo dobrej jakości ubrania, które ludzie noszą latami. Pewnie średnio się to opłaca, ale dzięki temu mamy grupę stałych, lojalnych klientów, którzy regularnie do nas wracają, jak choćby Pani.

Innego swetra już nie kupię.
No właśnie. Nie każdy może pochwalić się lojalnym klientem. Dziś mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jakością nie odstajemy od światowych brandów.

Czyli zaczęło się od swetrów?
Tak. Nawiązałem współpracę ze świetną dziewiarnią w Polsce, która zaczęła je szyć. Oczywiście nad wszystkim miałem pełną kontrolę. Jeździłem tam, sprawdzałem kolory, dobierałem surowce i składy, nosiłem te swetry, żeby zobaczyć, czy faktycznie są dobrej jakości. Zawsze zlecałem model, który mierzyłem i testowałem. Śmieję się, że jestem manekinem własnej firmy.

A co z Turcją?
Współpracujemy z sześcioma fabrykami w Polsce i z pięcioma w Turcji. Turcja produkuje bardzo dobrej jakości marynarki, spodnie czy koszule. Są doskonale odszyte, a fabryki mają też łatwiejszy dostęp do materiałów. Ale zdarzały się niedoróbki, których osobiście nie znoszę. Wie Pani, ilu rzeczy nie odebrałem z fabryki?

Podejrzewam.
Mnóstwo. Niestety mam bzika na punkcie szczegółów i nie cierpię bylejakości.

Aleksandra Stachowska: Śmieję się, że mamy w domu małe laboratorium, bo czasami wrzucamy koszulki do pralki i sprawdzamy, jak się zachowają w różnych temperaturach (śmiech).

W Evolution wszystko musi się zgadzać. Każdy detal, kolor, metka. Wie Pani, że w naszych koszulkach mamy metki, które nie podrażniają szyi? I mam świadomość, że jest to zdecydowanie droższe rozwiązanie niż zwykła metka, ale komfort noszenia jest zupełnie inny. Nasze koszulki wyprodukowane są z naturalnych materiałów, dzięki czemu osoba je nosząca nie poci się. W sklepach mamy krótkie serie produktów, trwające miesiąc, dwa. Nie przekraczają 200 sztuk z koloru.

Ma Pan swoje ulubione produkty?
Uwielbiam t-shirty, spodnie. Jestem dumny z tego, co udało nam się wypracować. Nie wstydzę się tego, co produkujemy i co wisi na wieszakach w naszych sklepach. Oczywiście wszystko jeszcze bym udoskonalił, ale żona się śmieje, że nigdy nie będę w stu procentach zadowolony z tego, co robię (śmiech).

Aleksandra Stachowska: Bo Ty jesteś perfekcjonistą, po prostu. Po 30 latach pracy w jednej firmie przyzwyczaiłam się do tego (śmiech). Sama Pani widzi…

Kto jest Waszym klientem?
Mężczyzna świadomy, po 30 roku życia, który lubi styl, wygodę i jakość. Dużo rozmawiamy z naszym personelem, mamy cudowne dziewczyny, które pracują z nami od lat. I to one informują nas o tym, kto przychodzi do naszych sklepów, czego szuka, na co zwraca uwagę. My te uwagi od razu analizujemy i wdrażamy. Ta wiedza jest bezcenna. Dla mnie najważniejsze to być ubranym, a nie przebranym. Ważny jest nasz model obsługi klienta, który różni się od modeli sieciowych. Nasz klient traktowany jest – w miarę możliwości – indywidualnie. Opieka nad nim trwa w zależności od potrzeb. W każdym sklepie doradzamy, podpowiadamy rozwiązania, dodajemy coś od siebie, nie narzucając swoich wyborów.

Co ze sprzedażą internetową?
Obecnie nasze myślenie idzie w kierunku e-commerce. Na razie zajmują się tym dwie zewnętrzne firmy. Rozwijamy ten kanał dystrybucji i bardzo pozytywnie to wygląda. Mamy wysokie przyrosty sprzedaży, a okres pandemii przyspieszył pewne decyzje, m.in. tę o uruchomieniu sklepu internetowego, który stał się naszą wizytówką. Oprócz prowadzenia firmowych sklepów stacjonarnych, współpracujemy z firmami zewnętrznymi. Mamy ponad 50 odbiorców w Polsce, którzy sprzedają nasze kolekcje. Mamy też sklepy partnerskie, które działają pod naszym logo, m.in. w Świnoujściu i Kościanie. Mamy swojego przedstawiciela handlowego, który mieszka pod Rzeszowem i zjeżdża tę część Polski z naszym towarem sprzedając go do sklepów. I to nam wystarczy. Nie aspirujemy do wielkiej firmy, cieszymy się z tego, co mamy. Dla nas wielkim sukcesem jest to, że pomimo pandemii, taniej odzieży z Chin i Azji, przetrwaliśmy i zachowaliśmy prawie cały personel. Chociaż każde zamknięcie sklepu boli, bo to trochę tak, jakbyśmy tracili swoje dziecko. Z drugiej strony, mamy naprawdę dużo szczęścia i gdyby go zabrakło w kilku momentach naszego życia, pewnie by już nas nie było. Nasza determinacja powoduje to, że wciąż realizujemy pomysły i działamy.

Ale był taki moment, kiedy nie wiedzieliście co będzie. Choruje Pan na serce i było ryzyko, że podobnie jak tata, będzie Pan musiał poważnie się zmierzyć z tą chorobą.
Pięćdziesiątki nie wyprawiałem, bałem się. Miałem w głowie to, co stało się z tatą i dziadkiem, który też chorował na serce. Osiem lat zmagałem się z migotaniem przedsionków. Ta choroba jest nieprzewidywalna i nie wiadomo kiedy przyjdzie atak. Najpierw następuje migotanie, a potem trzepotanie serca. Niektórzy tracą przytomność. Wielokrotnie dopadało mnie to w samochodzie, kiedy jechałem w daleką trasę. Musiałem zatrzymywać się na poboczu. Byłem słaby. Miałem ze sobą walizkę leków i namiary na lekarzy w każdym kraju w razie potrzeby. To był koszmar. Aż trafiłem do docenta Artura Baszko i usłyszałem, że wyczerpałem wszystkie możliwości leczenia farmakologicznego. Zaproponował ablację serca. Dziś wiem, że uratował mi życie.

I może Pan iść dalej.
Dokładnie, chociaż ablacja nie jest na całe życie. Ale zyskałem kilka dobrych lat, z czego bardzo się cieszę.

Jakie dzisiaj jest Evolution?
Mądrzejsze, bardziej świadome, dopasowane do potrzeb klienta. Z takimi planami na przyszłość, które pozwolą nam istnieć. Jesteśmy gotowi do walki i czekamy na to, co przyniesie przyszłość. Chcemy rozwijać sprzedaż internetową i wciąż udoskonalać nasze produkty. Obecnie pracuje z nami też nasza córka, która pomaga w niektórych sprawach graficznych współtworząc logotypy. Będziemy tak długo pracować, jak życie i los pozwoli.

Oby jak najdłużej.
Dziękujemy.

 

EVOLUTION - CENTRUM HANDLOWE M1
Ul. Szwajcarska 14/30
61-285 Poznań

EVOLUTION - FACTORY POZNAŃ
Ul. Dębiecka 1/60
62-030 Luboń

www.evevolution.pl