🌻 wrześniowe wydanie Sukcesu 🌻 zapraszamy do lektury 🌻 najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🌻 POLECAMY  

Organizator:

Jestem spod znaku pięciu kółek

31.01.2022 21:45:08

Podziel się

Chociaż jako dziennikarka sportowa pracuje już 15 lat i spełniła swoje największe zawodowe marzenie, to, póki co, nie chce rezygnować z pracy w telewizji. Dlaczego? Bo nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Beata Oryl-Stroińska opowiedziała nam o wyzwaniach, wsparciu bliskich, pozytywnym stresie przed wejściem na żywo i… odmawianiu.

ROZMAWIA: Anna Skoczek
ZDJĘCIA: Piotr Jasiczek

Zawsze interesowałaś się sportem?
Tak. Odkąd pamiętam, tata, który w młodości uprawiał zapasy, zabierał mnie na wszystkie możliwe sporty w Poznaniu. Poza piłką nożną. Oprócz koszykówki, siatkówki czy tenisa, chodziłam też na żużel, a nawet na zawody gimnastyki artystycznej w Arenie. W 6 klasie sama zaczęłam uprawiać sport. Trenowałam koszykówkę, a młodsza siostra tenis stołowy.

Nie chciałaś zostać sportowcem?
Dość szybko uświadomiłam sobie, że nie zrobię kariery sportowej, bo nie mam takich predyspozycji. Ale chciałam być dziennikarką sportową. Na początku jednak niewiele robiłam w tym kierunku. Pod koniec studiów przyszedł jednak taki moment, punkt zwrotny, w którym zrozumiałam, że w życiu nie wolno rezygnować z marzeń.

Co się stało?
Bardzo poważnie zachorowałam i nie wiedziałam, jak się to wszystko skończy. Postanowiłam więc działać. Najpierw na pół roku, z torbą lekarstw, wyjechałam do Stanów. Następnie zdecydowałam, że zrobię coś, co pomoże mi zrealizować marzenia o dziennikarstwie. Wysłałam dokumenty do telewizji WTK na stanowisko… asystentki dyrektora marketingu. Pomyślałam, że jeśli uda mi się dostać tę pracę, a za ścianą będę mieć redakcję sportową, to będę już do niej znacznie bliżej.

I tak właśnie zrobiłaś.
Po trzech miesiącach pracy w sekretariacie i bacznych obserwacjach poszłam do Darka Kozelana, który był tam całym sportem (szefem, prowadzącym, dziennikarzem) i spytałam, czy jedzie na zgrupowanie piłkarskiej reprezentacji Polski do Wronek. Powiedział, że nie, ale jeśli mam ochotę, to mogę pojechać. I tak to wszystko się zaczęło.

Od razu miałaś do czynienia ze sportem przez duże S.
Mój pierwszy wywiad, pierwszą w życiu setkę, nagrałam z Jerzym Dudkiem. Pamiętam ten wyjazd, ponieważ robiłam tam rzeczy, których raczej nie powinnam była robić. Inni dziennikarze obsługujący kadrę wiedzieli na przykład, że nie wolno wchodzić do hotelu i szukać piłkarzy na korytarzach. Ja nie znałam jeszcze wtedy tych wszystkich zasad i poszłam na żywioł.

To dobrze czy źle?
Myślę, że dobrze, bo nagrałam kilku piłkarzy, a co ważniejsze – mój news się spodobał. Okazało się wtedy, że jak na zupełnego świeżaka, to wiem, o co w tym wszystkim chodzi.

W innych poznańskich redakcjach byłaś w tym czasie sensacją.
Tak? Może dlatego, że 15 lat temu dziennikarek w sporcie było na pewno o wiele mniej niż jest teraz. Ja jednak fakt, że jestem kobietą zawsze traktowałam jako zaletę, a nie coś, co może mi utrudniać pracę. Nie znaczy oczywiście, że trzepotałam rzęsami. Wręcz przeciwnie, zawsze starałam się zaskoczyć rozmówców dobrym przygotowaniem. No i nigdy też nie bałam się zadawania pytań. Myślę, że tym wygrałam.

Ale ta praca ma też swoje ciemne strony. Praca w weekendy, wieczorami i w święta.
Tak, zwłaszcza gdy jest się mamą i żoną. Bez pomocy innych nie da rady. A ja taką pomoc, choćby w opiece nad dzieckiem, mam od początku. Pomoc moich wspaniałych rodziców. Moi przyjaciele i bliscy pewnie nie zawsze rozumieli moją nieobecność na spotkaniach czy uroczystościach rodzinnych. Ale mam nadzieję, że teraz są ze mnie chociaż trochę dumni.

Tym bardziej, że często w swoim zawodzie bywasz pierwsza.
To prawda, chociaż od zawsze podkreślam, że ja nigdy nie chciałam być numerem 1. Nie miałam i nie mam ambicji bycia na ściankach, ramówkach czy okładkach czasopism. To nie dla mnie. Ale rzeczywiście, byłam jedyną polską reporterką sportową relacjonującą mecze podczas EURO 2012, no i jako pierwsza kobieta z Wielkopolski i z ośrodków regionalnych TVP obsługiwałam igrzyska olimpijskie. To było moim największym zawodowym marzeniem.

Spodziewałaś się nominacji olimpijskiej?
Zawsze o niej marzyłam. Tak szczerze, to po cichu liczyłam już na wyjazd do Rio. Robiłam cykl programów o kadrze kajakarek „W drodze do Rio” i wtedy wydawało mi się, że jestem naprawdę blisko igrzysk. Jeśli przez 2–3 lata byłam z zawodniczkami na zgrupowaniach, zawodach, to kto z dziennikarzy wiedział o nich więcej niż ja? Wtedy nie znalazłam się jednak w ekipie olimpijskiej i byłam zawiedziona. Ale to trwało krótko. Powiedziałam sobie, że za cztery lata są kolejne igrzyska, więc będę się starała dalej. I się spełniło.

I jak było już na miejscu?
To był ogromny zaszczyt. Praca z ikonami dziennikarstwa sportowego w Polsce, bliskość największych gwiazd światowego sportu, ceremonia otwarcia igrzysk na żywo. No i znów byłam pierwsza (śmiech). Obsługiwałam wioślarstwo, a to właśnie wioślarki zdobyły pierwszy medal dla Polski. No i tak jak kajakarki, w pierwszej kolejności przychodziły do stanowiska TVP Sport, czyli do mnie. Przede wszystkim jednak to było dla mnie duże wyzwanie. Robiłam wszystko, by udowodnić, że zasłużyłam na tę nominację. A z obostrzeniami covidowymi było na pewno trudniej. Nie mogliśmy wchodzić do wioski olimpijskiej, nie mogliśmy spotykać się ze sportowcami poza arenami. Do tego testy, maseczki i kilka godzin dziennie w upalnym słońcu. Warto było jednak się starać i to przeżyć.

Po tylu latach i takich doświadczeniach nadal czujesz tremę przed wejściem na antenę? 
To chyba nie jest trema, ale takie poczucie gotowości na 100 procent. Nie mam w głowie tego, że ktoś mnie ogląda. Tu raczej bardziej chodzi o czujność, odpowiedzialność za słowo i taki mały stresik. Nie ma nic gorszego, niż wchodzenie do programu na żywo na totalnym luzie, z przekonaniem, że to „bułka z masłem”.

Masz jeszcze jakieś zawodowe marzenia?
Powiedziałam sobie, że jeśli pojadę na igrzyska, to już niczego więcej nie będę chciała. A teraz chciałabym pojechać jeszcze raz (śmiech). Chociaż w podejściu do zawodu sporo się u mnie zmieniło. Już jakiś czas temu przestałam stawiać zawodowe zadania przed tym, co jest dla mnie w życiu najważniejsze, czyli przed rodziną i byciem z bliskimi. Teraz już potrafię odmawiać. Potrafię powiedzieć, że mecz syna czy wyjazd z mężem i synem na weekend są dla mnie ważniejsze od zrobienia newsa.

Potrafiłabyś żyć bez swojej pracy?
Bez telewizora potrafię, ale bez telewizji i sportu chyba jeszcze nie. Mój mąż z niej zrezygnował i wiem, że jest z tego powodu szczęśliwy. Pewnie przyjdzie taki moment i u mnie, ale jeszcze nie teraz. Cały czas za bardzo mnie to wszystko cieszy. Każdy dzień jest inny, a sport nigdy się nie nudzi. Często powtarzam swojemu synowi, że fajnie jest w życiu robić coś, co jest naszą pracą i pasją jednocześnie. Nie ma nic gorszego, niż codzienne wychodzenie do pracy i marudzenie, że znowu trzeba tam iść.