Organizator:

Kolana studenta na ekranie profesora

09.08.2021 13:30:54

Podziel się

– Podczas egzaminu mniej denerwowałam się stanem mojej wiedzy, a bardziej stanem sieci – opowiada studentka. – Na zajęciach sami nie dawali dużo od siebie, a ostrzej oceniali wykładowców – żali się nauczyciel akademicki. Minął rok zdalnej nauki. Małgorzata Rybczyńska wysłuchała opowieści sprzed ekranu studentów i wykładowców poznańskich uczelni wyższych.

ZDJĘCIA: Unsplash

– W Internecie czytam, że nauka zdalna wychowuje pokolenie idiotów – nieprawda, oni byli zawsze. A wykładowcy robili, co mogli, aby wirtualną łopatą włożyć nam jak najwięcej wiedzy – słyszę od studentki III roku. – Byliśmy trochę jak małpy w cyrku, trzeba było się starać, aby utrzymać uwagę studentów. Wiedza i kompetencje nie wystarczały – to głos akademika.
Sfrustrowani i zmęczeni wykładowcy, zagubieni i zrezygnowani studenci – takie oceny powtarzają się podczas moich rozmów na temat roku zdalnej nauki. Indywidualnych opinii jest jednak bardzo dużo, wśród nich także tych zadowolonych i doceniających zalety zdalnego nauczania. Większość moich rozmówców nie chce się ujawniać. Nie dziwię się, słysząc opowieść studenta II roku. – Budzik dzwonił minutę przed rozpoczęciem zajęć, łączyłem się z laptopa w łóżku. Po sprawdzeniu obecności często wracałem w objęcia Morfeusza. Wykładowcy też niechętnie pod nazwiskiem przyznają się, że technologia ich pokonała albo, że na wizji zostali przyłapani np. na zmianie koszulki czy kłótni z domownikami.

Bałagan na łóżkach

Z reguły kamerki nie włączali studenci, a prawie zawsze włączali wykładowcy. Uczelnie nie zdecydowały się wprowadzić odgórnie obowiązku jej używania. Tak więc nauczyciele mówili do ekranu, na którym były kółeczka z inicjałami studentów albo maleńkimi zdjęciami – nie tylko studentów, również ulubionych zwierząt, bohaterów komiksów czy innych dowolnych elementów. – Nie wiedziałem, czy mnie słyszą, czy rozumieją, co mówię, czy żart jest udany, czy przynudzam. Okropne uczucie! – opowiada wykładowca. Z drugiej strony, włączające się przez przypadek kamerki, wiele mówiły o uczestnikach zajęć. Studenci słuchali wykładów podczas joggingu, w pracy, w samochodzie, zadania na zajęciach wykonywali w autobusie, galerii handlowej czy pociągu. Poza tym, nie każdy mógł czy chciał się pochwalić, jak mieszka, jaki ma sprzęt i co dzieje się obok. Mogli włączyć co prawda specjalne tło na ekranie, ukrywające otoczenie, ale tego też nie robili. Jeden z profesorów żartobliwie podsumował swoje obserwacje tych, którzy na jego zajęciach włączali kamerki. – Panie zawsze mają wokół siebie porządek, panowie straszny bałagan, zwłaszcza skołtunione łóżka – śmieje się. Często w drugim końcu pokoju w zdalnej lekcji brało udział też młodsze rodzeństwo albo niedaleko stało dziecięce łóżeczko, a na rozmytym tle ekranu widać było, że maleństwo jest pod czyjąś opieką.
Studenci nie mieli ochoty włączać kamerek podczas zajęć, ale wszędzie podkreślali, że brakuje im kontaktu z wykładowcami czy koleżankami i kolegami ze studiów. Dowiedziałam się ponadto, że bardzo popularne były wirtualne pokoje tworzone przez samych studentów. Spotykali się tam z włączonymi kamerkami, ale wyłączonymi mikrofonami. Mieli poczucie wspólnego uczenia się w grupie, czyjejś obecności.
Jeden z profesorów opowiedział mi taką oto przygodę z kamerką studenta, kiedy umówił się poprzez aplikację Teams na indywidualne konsultacje. – Rozmawialiśmy przez dłuższą chwilę, a ja cały czas zastanawiałem się, co widzę na ekranie. Nic mi nie pasowało do momentu, kiedy pod koniec rozmowy obraz nagle się poruszył i zobaczyłem, że to… kolana studenta, który leży w łóżku z odrzuconą kołdrą i zapomniał wyłączyć obraz.
Internetowe kamerki to też był problem dla wykładowców. Nie każdy miał ochotę widzieć siebie na ekranie, a zwłaszcza w dużym zbliżeniu, co ważne jest dla osób niedosłyszących, które w ten sposób mogą czytać z ruchu warg. Jedna z doktorantek nie zapomni, jak podczas wirtualnego spotkania ze studentem, usłyszała nagle ostre  „spier…”. Okazało się, że uwaga była do domownika – student przeprosił, ale przykre wrażenie pozostało.

Właśnie mnie rozłączyło

W tym zdalnym roku nauki technika to było duże wyzwanie dla wszystkich. Nie da się ukryć, że młodsze pokolenie naukowców poradziło sobie lepiej. Ci, którzy dotąd na zajęciach używali np. platformy e-learningowej Moodle, robili prezentacje, ankiety i testy poprzez formularze dostępne w Internecie, nie mieli większych kłopotów. Stąd takie problemy, jak brak kontaktu z wykładowcą, który nie włączał zajęć o określonej porze czy brak obiecanych materiałów, częściej dotyczyły starszego pokolenia. „Kłopoty” z techniką mieli też sami studenci, zwłaszcza kiedy czas na oddanie zadania mijał albo nagle wykładowca wywołał po imieniu. Właśnie straciłem zasięg, na chwilę mnie wyłączyło, nie miałam sieci, właśnie pan zamilkł – te frazy powtarzały się podczas tego roku setki razy. Czasem sami studenci byli oburzeni zachowaniem swoich koleżanek i kolegów. – Pewnego razu, kiedy po raz kolejny student odpowiedział „przez chwilę Pana nie słyszałem”, odezwali się inni uczestnicy zajęć, mówiąc, że to dziwne, bo wszyscy inni słyszeli – opowiada jeden z wykładowców.

Zduszona przepona

Ktoś mógłby zapytać, czym właściwie zmęczeni są wykładowcy, skoro robili to, co robią normalnie w czasie zajęć na uczelni. Okazuje się, że nie do końca. Mówienie przez wiele godzin na siedząco, będąc pochylonym w kierunku kamerki, męczy bardziej. Uciskana przepona nie pracuje tak, jak podczas zajęć na sali wykładowej. Ból kręgosłupa, zmęczone oczy też doskwierały. Ponadto zajęcia zdalne, co przyznaje wielu naukowców, wymagały o wiele więcej przygotowań. – Kiedy zdałem sobie sprawę, że studenci łączą się często poprzez telefon, postanowiłem wyjść temu naprzeciw – dostosować prezentacje, formy tekstowe do takiego odbioru. Zainwestowałem w sprzęt, profesjonalny mikrofon i kamerkę, tak aby było mnie bardzo dobrze słychać i widać. Wziąłem pod uwagę też, że wśród studentów mogą być osoby niedowidzące i niedosłyszące, zadbałem, aby ułatwić im uczestnictwo w zajęciach – mówi dr Krzysztof Duda z UAM. – Cieszy mnie to, że studenci zauważyli moje działania, mam informację zwrotną – dodaje. Wykładowcy przyznają też, że znacząco wzrosła liczba spotkań online. Biorąc pod uwagę kwestię dojazdów, w realu można było zaplanować 2–3 spotkania dziennie, teraz, kiedy tylko się przełączali z kanału na kanał, takich spotkań mieli 4–5.

Łączenia nawet z okrętu wojennego

Problemów ze zdalną nauką było wiele, ale moi rozmówcy zgodnie podkreślają, że są też pozytywne strony takiego studiowania. Na pewno chwalą sobie naukę zdalną studenci zaoczni – nie musieli przyjeżdżać, nie tracili pieniędzy na noclegi i podróże, mogli bez problemu łączyć naukę z pracą. Studenci dzienni mówią o tym, że nie musieli wstawać o świcie, aby dojechać na 8.00 na zajęcia, że obiad przygotowany o normalnej porze przez babcię był w zasięgu ręki. Podkreślają, że nauka zdalna wymagała samodyscypliny, samozaparcia i motywacji, ale kto je znalazł, to w gruncie rzeczy miał więcej czasu na realizację swoich pasji. Nagrywane wykłady ułatwiały przygotowanie notatek, nie było też długich okienek pomiędzy zajęciami, kiedy nie wiadomo, co zrobić z czasem. Nauka zdalna pozwoliła na studiowanie tym, którzy w realu by jej nie podjęli. Studenci łączyli się nie tylko z Białorusi i Ukrainy, ale także z Londynu, Ameryki (tu był problem, bo zajęcia rozpoczynały się w środku amerykańskiej nocy), ale także z okrętu wojennego.

Wykłady czy ćwiczenia – czy nauka zdalna pozostanie?

Zdalne zaliczenia, testy, egzaminy, obrony prac… Czy studenci byli uczciwi? To delikatna kwestia, nie można uogólniać. – Mój laptop był tak słaby, że bałam się, że mnie rozłączy, nie miałam szans na dodatkowe przeglądanie jakichś stron – słyszę od studentki. Z drugiej strony są przykłady, że konsekwencje nieuczciwości były dotkliwe dla delikwenta.
Przed studentami i wykładowcami wakacje, czas na regenerację. Wszyscy wierzą, że w październiku uda się wrócić na uczelnię. Są jednak głosy, że wiele ze zdalnej nauki czy pracy powinno zostać już z nami. Nie zawsze trzeba będzie odwoływać zajęcia podczas wyjazdu na konferencję, łatwiej też będzie zaprosić na wykład uznanego profesora, który w normalnych warunkach nie ma terminu w kalendarzu. Zdalna nauka to też okazja dla wielu studentów zagranicznych. Trzeba poszukać rozsądnych rozwiązań i wykorzystać to, co było dobre – podkreślali moi rozmówcy. Wtedy istnieje szansa, że nie będzie takich opinii, jak ta usłyszana od jednego ze studentów.
– Edukacja zdalna jest nie do życia, a mówiąc wprost do… rzyci!