⭐️ SUKCES PO POZNAŃSKU ⭐️ Pierwsza lifestylowa strona o Poznaniu ⭐️  

Organizator:

(Nie)zwyczajni bohaterowie stanu wojennego

31.12.2021 13:55:10

Podziel się

Trudno było ich namówić na tę rozmowę. Dlaczego? Bo oboje uważają, że to, co zrobili, nie było niczym szczególnym. Po prostu takie były czasy i tak należało postąpić. Na podstawie ich opowieści mógłby powstać niejeden film fabularny. To jedna z wielu, ale niezwykła historia ludzi w stanie wojennym. Niezwykła, bo Andrzej Adamczak był milicjantem wysokiego szczebla, a Izabela Adamczak pracowała w Szpitalu Kolejowym w Puszczykowie. W ich domu była nielegalna drukarnia, gdzie drukowano podziemną bibułę, mieszkali ludzie, których poszukiwała bezpieka. Tam odbywały się „podziemne” spotkania.

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska

ZDJĘCIA: Piotr Jasiczek

Andrzej Adamczak: Na studiach byłem sportowcem i to całkiem dobrym. Wioślarzem z tytułami mistrzowskimi. Miałem wtedy sporo pieniędzy ze stypendiów. Koledzy traktowali mnie jak bank, bo stale byłem przy gotówce. Kiedy skończyłem naukę i karierę sportowca, ożeniłem się i wprowadziłem do domu, który wymagał wielu prac remontowych. Dopadła nas szara rzeczywistość. Zacząłem pracę w szkole z niewielką pensją. Szczerze mówiąc, niewiele wtedy wiedziałem o pracy w milicji, a tym bardziej o tym, że w Polsce jest też wydział kryminalny. Jak to w życiu bywa, zdecydował przypadek. W szkole popełniono przestępstwo. Przyjechała milicja i nagle na korytarzu zobaczyłem faceta po cywilnemu. Widać było tylko, że spod jego marynarki wystaje broń. Wszedłem wtedy do pokoju nauczycielskiego i stwierdziłem, że w takiej milicji mógłbym pracować. Nie wiedziałem, że jedna z nauczycielek jest żoną tego milicjanta. Przekazała mu to i tak dostałem propozycję.

Izabela Adamczak: A ja byłam temu bardzo przeciwna. Nie chciałam, żeby pracował w milicji, nawet w wydziale kryminalnym. W obu naszych rodzinach walczono zawsze o demokrację i tu nagle Andrzej wybiera drugą stronę.

AA: Nie należałem do spolegliwych podwładnych. Przez moje wypowiedzi, prawdomówność, a raczej mówienie prosto z mostu nawet zwierzchnikom, musiałem zmienić wydział. Nawet zostałem pierwszym szefem posterunku w Polsce z wyższym wykształceniem, bo po zapowiedziach szefa, że mnie zniszczy, musiałem się przenieść. Ścigałem morderców i złodziei, a nie opozycjonistów, bo sam do nich należałem.

 

Jak to się stało, że milicjant z takim stażem, na stanowisku, decyduje się tak bardzo zaangażować w działalność opozycyjną?

AA: Wokół nas zawsze było mnóstwo ludzi działających w opozycji, a po wybuchu stanu wojennego postanowiliśmy, że nie możemy być bierni. I tak się zaczęło. Wraz z grupą znajomych i przyjaciół, do których należeli Andrzej Krawczyński (brat Izabeli) i jego żona Barbara, Wojciech Pawlak, przewodniczący Niezależnego Zrzeszenia Studentów na UAM w Poznaniu, Jarosław Maszewski – wtedy dziekan Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Poznaniu, Piotr Buczkowski – pracownik naukowy Wydziału Filozofii UAM w Poznaniu, Ewa Jastrzębska nauczycielka w szkole podstawowej w Puszczykowie oraz Hanna Ostoja z Puszczykowa postanowiliśmy, że najważniejszą sprawą jest wydawanie pisma, w którym będziemy publikować prawdę o tym, co się dzieje. Problemem było tylko znalezienie miejsca na drukarnię.

IA: Wybór padł na mój dom rodzinny w Puszczykowie. Przywieziono maszyny drukarskie, zamieszkali u nas młodzi ludzie, studenci, koledzy Wojciecha Pawlaka, którzy drukowali „VETO”, a ja zajmowałam się jego składaniem. Na co dzień pracowałam w szpitalu w Puszczykowie i utrzymywałam kontakt z doktorem Sobisiakiem, anatomopatologiem, któremu przekazywałam regularnie część wydrukowanych pism. Od Niego odbierałam publikacje Konfederacji Polski Niepodległej, Solidarności Mazowsze i kupowałam od Niego książki wydawane w podziemiu. Pamiętam, jak pewnego dnia niosłam jak zwykle paczkę do doktora Sobisiaka, ale nie zastałam Go na oddziale. Poszłam więc do budynku anatomopatologii, który znajdował się poza obrębem szpitala. Za mną, w pewnej odległości, szło dwóch mężczyzn. Byli ubrani w garnitury i sądziłam, że są krewnymi kogoś, kto zmarł w szpitalu. Tam też nie zastałam doktora i paczkę dla Niego oddałam Jego asystentowi technicznemu, Jarkowi Andrzejewskiemu, który ukrył ją w worku ze zwłokami. Kiedy dla niepoznaki poszłam porozmawiać do pokoju znajomych pielęgniarek, wpadło do niego tych dwóch mężczyzn w garniturach, jak się okazało pracowników SB, którzy dowiedzieli o działalności doktora. Nie zastali Go, więc zaczęli przeszukanie. Jeden z nich, przeszukując prosektorium, zauważył paczkę ukrytą pod zwłokami i zaczął krzyczeć, drugi wbiegł do niego, by zobaczyć „znalezisko”. W tym czasie Jarek Andrzejewski zamknął ich w tym prosektorium na klucz. A sam uciekł. Udał się do Poznania, gdzie zawiózł Go swoim samochodem dr Stanisław Zierhoffer, znany lekarz reumatolog i himalaista. Tam w szpitalu pozostawił Go pod opieką dr Przemysława Ereńskiego, ordynatora oddziału dermatologicznego. Jarek prosił wtedy tylko o to, by mi przekazać, że jestem bezpieczna, że o mnie nic nie wiedzą. Cały czas bałam się o męża. Gdyby odkryli Jego działalność, to jako milicjantowi groziły Mu bardzo poważne konsekwencje. Nie wiem nawet, czy nie zagrażające życiu.

Nie baliście się?

AA: Nikt z nas o tym nie myślał. Po prostu trzeba było to robić i już. Trzeba było przewieźć powielacz do Poznania, to wsiadłem w samochód. Modliłem się tylko, żeby nie zatrzymał mnie żaden patrol. Takich rzeczy było mnóstwo. Pamiętam też któregoś razu, kiedy dosłownie spociłem się ze strachu. Kolega zaprosił mnie na Kochanowskiego. W pewnym momencie podczas rozmowy zapytał: co się tam na waszym terenie dzieje (byłem wtedy komendantem na posterunku w Komornikach) i zabrał mnie do podziemi, gdzie znajdowały się cele. Kiedy tam szliśmy i zamykały się za nami kolejne drzwi, myślałem tylko o tym, że już stamtąd nie wyjdę, że odkryli drukarnię, że prowadzi mnie do aresztu i tam mnie zamknie. To była bardzo długa droga, a na jej końcu... otworzył drzwi do jednej z cel, gdzie znajdował się cały nakład właśnie wydrukowanej u nas w domu bibuły. Wtedy mnie sparaliżowało. Jak się okazało się, ktoś doniósł, że w stodole, w której przechowywaliśmy nakład, pędzą bimber. Alkoholu nie było, znaleźli bibułę. Wróciłem do domu sztywny ze strachu.

IA: O działalności męża napisał w książce „Buntownicy” brat Jarka Maszewskiego, Andrzej Maszewski.

Mieliście dwie córki. Bardzo dbaliście, żeby żadna z nich nie wiedziała o Waszej działalności. Przypadek jednak sprawił, że Joanna, mająca wtedy niespełna 12 lat, odkryła drukarnię.

IA: To była wielka odpowiedzialność i obciążenie dla takiej dziewczynki. Nie mogła nic nikomu powiedzieć. Była wtedy chyba najmłodszym dzieckiem pomagającym w opozycyjnej drukarni i to do końca jej działalności. Zamiast Ją straszyć, postanowiliśmy, że będzie częścią zespołu i wieczorami, kiedy młodsza siostra szła spać, mała Joasia składała „VETO”, „Folwark Zwierzęcy” i rysowała portrety Wałęsy.

AA: Wszystko wtedy opierało się na zachowaniu tajemnicy. Nie wiedzieliśmy za dużo, by nie zdradzić innych. Dostawaliśmy papier do drukowania, ale nie dociekaliśmy skąd pochodzi. Każdy z nas miał swój odcinek pracy i tyle. Byliśmy odpowiedzialni za to, co robimy, za nasze rodziny, ale też za tych, którzy byli w naszej grupie. Na pytania moich zwierzchników o to, czy na moim terenie są ludzie zagrażający systemowi, odpowiadałem zawsze, że nie ma, że to jest spokojny teren. Działalność rozpoczęliśmy wraz z ogłoszeniem stanu wojennego i zakończyliśmy po jego zniesieniu.

IA: Najgorsze dla mnie było to, że często, nawet podczas imprez rodzinnych, wśród znajomych, słyszeliśmy niewybredne uwagi, że jesteśmy „czerwoną burżuazją”, że mąż jest milicjantem, że na pewno donosi. W szpitalu, kiedy wchodziłam do dyżurki, rozmowy się urywały, a myśmy nic nie mogli powiedzieć, nie mogliśmy zdradzić się nawet słowem. Łatwo jest oceniać ludzi, nic o nich nie wiedząc.