Organizator:

Nigdy nie zapomnę palącej się Grecji

20.10.2021 12:02:36

Podziel się

Ściany ognia, pożar, który rozprzestrzeniał się w zastraszającym tempie, brak wody, ludzie tracący dobytek swojego życia. Polscy strażacy wykonali tytaniczną pracę pomagając Grekom w gaszeniu pożarów, które strawiły setki tysięcy hektarów lasów. Na ich czele stał On – brygadier Tomasz Grelak, zastępca dowódcy pierwszej polskiej grupy ratowniczej, która walczyła z ogniem przez dwa tygodnie. Obrazy tamtych dni na zawsze pozostaną w Jego pamięci.

ROZMAWIA: Joanna Małecka
ZDJĘCIA: Piotr Zwarycz

Jak to się stało, że znaleźliście się w Grecji?

Wszystko zaczęło się tak naprawdę w 2009 roku, kiedy zgłosiliśmy deklarację do Komendy Głównej PSP, by utworzyć specjalny komponent ratowniczy. Fachowo nazywa się to: moduł do gaszenia pożarów lasów przy użyciu pojazdów.

Bardzo skomplikowane.

Tak, ale zaraz wyjaśnię. Przez te wszystkie lata, w ramach tego programu, szkoliliśmy się i przygotowywaliśmy do działań międzynarodowych. Mogliśmy sprawdzić się przy gaszeniu pożarów w Szwecji. To były pierwsze tego typu działania. W tym roku padło na Grecję. Skala pożarów, jakie nawiedziły ten kraj w tym roku, była ogromna. W pewnym momencie Grecja wystąpiła z prośbą do krajów Europejskiego Mechanizmu Ochrony Ludności i poprosiła o wsparcie z ziemi i z powietrza. Na tę pomoc odpowiedziały łącznie 22 państwa, w tym Polska. Wysłaliśmy największy komponent ratowniczy, na tamtą chwilę liczący 143 strażaków oraz 46 pojazdów. 6 sierpnia rozpoczęliśmy bardzo trudny proces mobilizacji. Był piątek, godzina 20.00. Każdy już myślami był z rodziną i marzył o weekendzie. Dostaliśmy rozkaz, by stawić się w Lesznie. Stamtąd jechaliśmy do Wrocławia. Nikt się nie zawahał. Niektórzy nawet skrócili urlopy.

Ilu strażaków z Poznania wzięło udział w akcji?

65 osób z całej Wielkopolski.

Jechaliście do Grecji samochodami?

Tak i muszę przyznać, że droga była długa i męcząca. Nawet nie pamiętam, ile godzin trwała. Po drodze musiałem sporo rzeczy załatwiać przez telefon. Zaplanować noclegi, ogarnąć proces na miejscu. Było to utrudnione ze względu na to, że dokładnie nie wiedzieliśmy, do jakiego regionu w Grecji zostaniemy przydzieleni. Po drodze zastanawialiśmy się nad planem działania. W międzyczasie okazało się, że będziemy na wyspie Evia i wtedy można było rozpocząć planowanie działań, nawiązać kontakt ze stroną grecką, by to lądowanie było jak najbardziej miękkie. Dziś, z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że było ciężko.

Co zastaliście na miejscu?

Kiedy dojeżdżaliśmy, widzieliśmy na horyzoncie gęste kłęby dymu. Przepływaliśmy promem na wyspę Evia. Przydzielono nam też oficerów łącznikowych z Grecji – strażaków, którzy byli łącznikami między nami a strukturami Państwa greckiego. Cały czas zbieraliśmy informacje o tym, jak rozwija się pożar. Meldunki, które otrzymywaliśmy, wróżyły dużo pracy. Skalę tego pożaru trudno opisać. Są to obrazy nawet dla strażaków bardzo smutne, które zostaną z nami na zawsze. Połacie lasu wypalone do zera, tragedie ludzi, którzy stracili cały swój dobytek. Nawet teraz trudno się o tym mówi… Każdy, kto doświadczył tego bezpośredniego kontaktu z Grekami i widział, jak tracą dobytek swojego życia, będzie miał te sceny długo przed oczami.

Musieliście ewakuować ludzi?

Na wyspie Evia nie, ale później, niedaleko Aten, rzeczywiście były sytuacje, że ewakuacja była konieczna.

Dlaczego ten pożar był tak trudny i tak szybko się rozprzestrzeniał?

Problem polegał na tym, że pożary wybuchały w kilku miejscach jednocześnie. Badaniem przyczyn zajmują się odpowiednie instytucje, ale nie ukrywam, że wraz ze stroną grecką zastanawialiśmy się nad tym, co się stało. Trudno mówić tutaj o przypadku. Jednego dnia trafiła się burza z dość wątłym opadem, która wywołała kilka kolejnych pożarów. W pozostałych sytuacjach mówi się nieoficjalnie o podpaleniach i schemat rozwoju pożarów skłaniałby do takich refleksji.

Do tego doszła bardzo wysoka temperatura, która sprzyjała rozwojowi pożaru.

Faktycznie, było gorąco. Temperatury oscylowały wokół 40 stopni. Wysuszona gleba, brak opadów deszczu, silny, bądź bardzo silny wiatr – niestety zmienny. To wszystko przyczyniło się do tego, że w sumie na wyspie Evia spłonęło 50 tysięcy hektarów lasu. Dla porównania podam, że największy pożar w historii funkcjonowania Państwowej Straży Pożarnej był w Kuźni Raciborskiej w 1992 roku, gdzie spłonęło około 9 tysięcy hektarów. Pożar w Biebrzańskim Parku Narodowym w ubiegłym roku pochłonął 6 tysięcy hektarów. Widzi Pani, jaka jest skala pożaru w Grecji. Walczyliśmy z lądu i z powietrza. Zadanie było bardzo trudne.

Nie baliście się?

Na wyspie Evia działania były łatwe do przewidzenia, ponieważ skupialiśmy się na dogaszaniu miejsc, które się paliły i reagowaniu na nowe, niewielkie zarzewia, które miały potencjał rozwoju. Dzięki współpracy z Grekami, pożar był w zarodku gaszony. Niedaleko Aten, w miejscowości Vilia, dopiero zrobiło się niebezpiecznie i faktycznie pojawił się strach. Górzyste ukształtowanie terenu, susza, brak wody – pierwsze źródło znajdowało się aż 6 kilometrów od nas. Hydrantów nie było, a w tych, które zlokalizowaliśmy, było małe ciśnienie wody, więc musieliśmy oszczędzać. Poza tym, trudno było dostać się do pożaru – ogień wybuchał w różnych miejscach, w jednym czasie. Na pewno zapamiętam do końca życia dwa pożary. Zostaliśmy wezwani do pomocy niedaleko miejscowości Vilia. Ogień zbliżał się do zabudowań. Jako pierwsi pojechali tam strażacy z komponentu poznańskiego. Utrzymywałem kontakt radiowy z dowódcami operacyjnymi i usłyszałem, że sytuacja jest bardzo poważna. Zaproponowałem, że pojadę pomóc przy tej akcji. Na miejscu po prostu mnie zamurowało. W Polsce nigdy nie widziałem takiego pożaru. Ogień zbliżał się do drogi i gdyby ją przeskoczył, wszedłby w zabudowania mieszkalne. Rozstawiliśmy samochody, podzieliliśmy się na małe zespoły, utrzymywaliśmy z dowódcami kontakt. Musieliśmy zmienić taktykę działań, którą zazwyczaj stosujemy w Polsce. Każda grupa była niezależna. Rezygnowałem z każdej możliwości ograniczenia mobilności, szykując miejsce na szybką ewakuację ludzi. Pożar bardzo szybko się rozprzestrzeniał, a wody brakowało. Zaprzestaliśmy gaszenia do momentu aż ogień nie zbliży się maksymalnie blisko nas.

Żeby potem zaatakować z całej siły?

Dokładnie. Ostatecznie obroniliśmy wioskę. I tutaj muszę pochwalić wszystkich strażaków, którzy byli tam ze mną. To był kawał niesamowitej roboty, wielki szacunek dla tych ludzi. Nikomu nie zabrakło wody, bezpiecznie wszyscy zakończyli działania i mogliśmy sobie przybić piątkę. Pod koniec działań podjechałem do greckiego dowódcy. Wymieniamy poglądy, dyskutujemy na temat tego, co właśnie się wydarzyło. I nagle pan około 50-letni klepie mnie w ramię i mówi: jesteście twardzi, jesteście odważni, wielki szacunek. Podziękowałem mu, myślałem, że jest to efekt jakichś dobrych manier, wymieniliśmy się telefonami i powiedziałem, że gdybyśmy byli potrzebni, to ma dzwonić. I jakie było moje zaskoczenie, kiedy następnego dnia otrzymałem informację, że Komendant Główny Straży Pożarnej w Grecji odwiedza właśnie naszą bazę w miejscowości Vilia, a tym komendantem był ten pan, który poklepał mnie po ramieniu. Zrozumiałem, że zrobił to faktycznie z uznania dla naszych działań.

Jak się czuliście?

Byliśmy dumni. Bardzo. Zrobiliśmy to!

Czy mieszkańcy przyszli Wam podziękować?

Na każdym kroku spotykaliśmy się z ogromną życzliwością Greków. Są to bardzo otwarci ludzie, chętnie rozmawiają. Dzięki nim mogliśmy zjeść pyszny, ciepły i świeży posiłek, ponieważ w dowód wdzięczności dostarczali nam obiady. To było niezwykle miłe. Na ulicach trąbili nam kierowcy, machali przechodnie. W sklepach nasi koledzy byli obsługiwani w pierwszej kolejności. Zaskakujące było to, jak wiele łączy nas z Grekami. Okazywało się, że wielu z nich ma w rodzinie lub wśród znajomych Polaka, niektórzy nawet rozmawiali z nami po polsku.

Nauczyłeś się czegoś po grecku?

Tak (śmiech), chociaż nie była to łatwa lekcja. Parakaló – proszę, efcharistó – dziękuję.

Brzmi bardzo ładnie. Co było dalej?

Kiedy nadszedł czas naszego wyjazdu, czekaliśmy aż zmieni nas kolejna grupa z Polski. Musieliśmy spakować sprzęt, więc poprosiliśmy strażaków greckich o przerwę w działaniach. Mieli nie angażować nas w gaszenie pożaru, dopóki nie zmieni nas kolejna grupa. Dwie godziny przed zaplanowaną zmianą podniosłem głowę i wyjrzałem przez okno. Zobaczyłem kłęby dymu. Chwyciłem za telefon, zadzwoniłem do dowódcy grupy z Komendy Głównej PSP bryg. Michała Langnera i powiedziałem o sytuacji.

A jaka była?

Bardzo rozwojowa. Widziałem, że pożar zagrażał miejscowości Vilia. Nie mogliśmy siedzieć bezczynnie, więc zamiast pakowania pojechaliśmy na akcję. Pożar okazał się jeszcze bardziej dynamiczny niż ten poprzedni. 22 samochody, czyli wszystkie wtedy dostępne, wzięły udział w tej akcji. Chłopaki byli w gotowości natychmiast.

Udało się ugasić pożar?

Niestety nie udało się wszystkiego ocalić. Bywają sytuacje, że musimy poświęcić coś kosztem czegoś. Podzieliłem grupę na dwie strefy. Grupa z Dolnego Śląska miała obronić wschodnią część miasteczka. Siły poznańskie miały stać w odwodzie. Grecy jednak ostrzegali nas, że pożar bardzo często zmienia kierunek, a motorem tego jest wiatr. I tak też się stało. Kiedy pojechałem na rozpoznanie zobaczyłem, że ta część terenu, która miała zostać poświęcona, jest realnie do uratowana. Wysłałem tam ekipę z Poznania i panowie bardzo długo bronili wioski przez ogniem. Niestety w pewnym momencie musiałem wycofać grupę i zaprzestać gaszenia. Wszystko za sprawą znowu zmieniającego się kierunku i siły wiatru. Pożar zaczął pojawiać się za naszymi plecami. Zrobiła się ściana ognia z jednej i drugiej strony. Trzeba było wycofać wszystkich. Poświęciliśmy sprzęt, ale mam nadzieję, że nasi szefowie to zrozumieją.

Nie o sprzęt tutaj przecież chodzi…

Dokładnie, najważniejsze, że wszyscy wyszli z tego cało. Dzięki temu mogliśmy całą grupą wrócić do domu i uratować kilka domów, ocalić dobytek całego życia tych ludzi. Jest to zasługa wszystkich strażaków, którzy brali udział w akcji. To była tytaniczna praca i wielka walka i myślę, że mogę tutaj powiedzieć o sukcesie.

A ja myślę, że jest to idealny moment, aby podziękować wszystkim strażakom zaangażowanym w pomoc i walkę z pożarami w Grecji.

Bezsprzecznie. Wszyscy doskonale wykonali swoją pracę, stanęli na wysokości zadania, dali z siebie wszystko i są ambasadorami naszego kraju w Grecji. Te podziękowania należą się też naszym bliskim, którzy zostali sami z problemami dnia codziennego. Podziękowania kieruję także do tych osób, które pomagały nam będąc w Polsce. To są cisi bohaterowie. To ludzie, bez których nie mielibyśmy spokoju w głowie i nie moglibyśmy skupić się na tym, co tu i teraz. I to jest piękne, że budujemy w straży taką kadrę, na której zawsze można polegać.

Co czułeś, kiedy wracałeś do domu?

Poczułem ulgę. Zasnąłem od razu po wystartowaniu samolotu. Spałem do lądowania. Decyzją naszych szefów dostaliśmy urlop po powrocie. Spełniłem obietnice dane moim dzieciom i pojechaliśmy nad morze wypocząć.