Organizator:

Po prostu czuję bluesa

15.12.2020 11:31:27

Podziel się

W programie „The Voice of Poland” nazywali Go country boy, bo Jego duszę wypełnia muzyka amerykańska. Miłością do dźwięku zaraziła Go mama i nieco później siostra. Na scenie zawsze towarzyszy Mu gitara. Dziewięć miesięcy spędził na kontrakcie, na statku, pływając po Morzu Karaibskim. Co tam robił? To, co kocha najbardziej – śpiewał dla ludzi. Gdy zapytałam Roberta Wojciechowskiego, dlaczego zdecydował się wziąć udział dopiero w jedenastej edycji „The Voice of Poland”, odpowiedział, że musiał zdobyć cenne doświadczenie.

ROZMAWIA: Ania Jasińska 
ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

Robert, śpiewasz od zawsze. Dlaczego tak późno zdecydowałeś się na udział w programie?

Robert Wojciechowski: Myślę, że musiałem dojrzeć do pewnych spraw i zdobyć doświadczenie, które ogromnie mi pomaga wspinać się w górę w aktualnej edycji. Teraz chcę pokazać się szerszej publiczności, by zdobyć większe rzesze odbiorców.

Jakie to uczucie, gdy odwracają się wszystkie cztery fotele jurorów?

Na początku byłem zaskoczony i to bardzo pozytywnie. Jako pierwsza odwróciła się Edyta Górniak i to dla mnie ogromne wyróżnienie. Bardzo cenię Ją jako wokalistkę na światowym poziomie. Następnie poszedłem za ciosem. W fotelach siedzieli Tomson i Baron, pani Ula Dudziak, która uśmiechała się niesamowicie do mnie i Michał Szpak. Nie spodziewałem się, że tak im się spodobam. Spędziłem na scenie naprawdę bardzo dużo czasu.

Czy idąc do programu, od razu wiedziałeś, kto powinien być Twoim trenerem?

Szczerze mówiąc, chciałem bardzo iść do chłopaków (Tomson i Baron). Oni zostali już na samym początku zablokowani przez Michała Szpaka, więc ten mój wybór został zdjęty. Pomyślałem więc o Uli Dudziak i Edycie Górniak. Podczas tych 40 minut zdałem sobie sprawę, że pani Ula jest bardzo doświadczoną wokalistką i na tyle niszową, że może mi pomóc z moim programem, który nagrałem (płyta amerykańska). Ona spędziła w USA niemal 30 lat i podbiła serca słuchaczy piosenką, która w zasadzie nie ma tekstu. Uśmiechała się do mnie tak, że podjąłem dobrą decyzję, bo z Ulą pracowało mi się rewelacyjnie.

Emocji jest mnóstwo. Tym razem do serc widzów trafiłeś własną interpretacją piosenki „Before You go”. Długo przygotowywałeś ten repertuar? Nie wierzę, że miałeś w zanadrzu tylko ten jeden utwór.

Masz rację. Może zacznę od tego, że castingi były prowadzone online, z powodu COVID-19.

To niesamowicie trudne!

Trudne dlatego, że o wiele więcej ludzi wysyła takie zgłoszenia. Nie trzeba jechać do Warszawy i stawać przed jurorami na scenie. Okazało się, że swoje zgłoszenia wysłało 13,5 tysiąca wokalistów. Z tej puli wybrano 400 osób. Następnie był etap, gdzie wybrano 100 ludzi. Udało mi się zakwalifikować, co już było dla mnie niesamowitym sukcesem. Utwór „Before You Go”Lewisa, nie był mi wcześniej znany. Nie wiem, czy mogę o tym mówić, ale Tobie to zdradzę. Utwór został dobrany pod moją barwę głosu i skalę. Z tego względu mieliśmy spotkania z coachami w Warszawie, żeby właśnie te utwory nam dopasować. To jest program na tyle profesjonalny, że fachowcy ustalają nam tonacje. To jest świetne dla wokalisty, dla muzyka, bo pokazać się w repertuarze damskim czy męskim jest trudno i każdy z nas ma inną skalę. Ja na przykład mam zupełnie inną barwę głosu niż Lewis, a tak dobrano mi tonację, że udało mi się naprawdę dobrze ten utwór zaprezentować. Lista, którą dostałem od „Voice’ów”, była spora. Osobiście ze swojej listy byłem bardzo zadowolony. Na początku bardzo sceptycznie do tego podszedłem, bo jestem zwolennikiem muzyki amerykańskiej, bluesowej, a tutaj dostałem coś zupełnie innego i ciężko mi się śpiewało ze szkockim akcentem, bo Lewis jest Szkotem. Bardzo długo osłuchiwałem się z tą piosenką i w końcu wykonałem ją tak, jak tego chciałem.

O to chyba właśnie chodzi. Byłeś sobą, zaproponowałeś swoją interpretację, a tak kupuje się odbiorców.

Autentycznością i oryginalnością udało mi się chyba odwrócić te cztery fotele. Pani Ula powiedziała mi, że Ona już ze sceny wiedziała, jak wyglądam i jaki jestem na scenie, i może fakt, że nie zaśpiewałem jak w oryginale i że pokazałem siebie. Uważam zawsze, że autentyczność jest ważniejsza, niż odgrywanie dźwięków, które zostały już wyśpiewane. Nie jestem tak naprawdę muzykiem sesyjnym, który potrafi wejść do studia i kilka razy odśpiewać to samo. Jestem muzykiem koncertowym, a to oznacza, że na scenie czuję się jak ryba w wodzie i uwielbiam improwizację.

Wiesz, to jest chyba najtrudniejsze. Myślę, że to już wyższa szkoła.

Mój kolega basista mówi, że to są „naturszczyki”, które wchodzą na scenę i rozpoczynają swoją improwizacyjną przygodę.

Jesteś typem country boy i w Twojej duszy mieszka blues. My już wcześniej się spotkaliśmy, gdy koncertowałeś w Radio Emaus.

Tak! To było w 2017 roku. Byłem świeżo po kontrakcie na statku w Stanach Zjednoczonych. Bardzo miło to wspominam, bo to również był koncert na żywo! Faktycznie kreują mnie cały czas teraz na country boya i pytają o czas spędzony w Ameryce.

Ja też muszę Cię zapytać o ten american dream.

(Śmiech) No właśnie! W Stanach urodzili się moi idole. Tam są moje inspiracje. Jestem również gitarzystą. Śpiewanie z gitarą jest dla mnie bardziej autentyczne. Tak naprawdę studiowałem ten styl muzyczny dobre 20 lat. Zacząłem słuchać muzyki mając jakieś 6 lat. Może dlatego pierwsze riffy na gitarze były właśnie bluesowe.

Ktoś Cię tym zaraził?

Chyba to była moja mama – Urszula Lidwin, poznańska wokalistka, która też śpiewała z Krzysztofem Krawczykiem, Ireną Jarocką, w latach 80. wydała płytę „Prywatka z Bolterem”. Na tej płycie ukazała się piosenka „Daj mi tę noc”. Mama od zawsze zarażała mnie muzyką. Później była moja siostra, która uczyła się w szkole muzycznej. Nie zawsze towarzyszył nam blues, bo mama była jednak ukierunkowana na pop i śpiewa różnorodną muzykę. Sam sobie wybrałem ścieżkę bluesową i tą drogą kroczę. Dalej tak będę robić, bo już raczej nie wyjdę z kręgu amerykańskiego.

Co tu dużo mówić – po prostu czujesz bluesa!

Czuję bluesa! To jest bardzo ważne, żeby nie odgrywać dźwięku. Zawsze powtarzam to swoim uczniom, gdy prowadzę z nimi warsztaty gitarowe czy wokalne: trzeba starać się oddać siebie i grać z serca.

Jak znalazłeś się w Stanach Zjednoczonych? To był tylko kontrakt czy coś więcej?

Później było dużo więcej, niż wcześniej (śmiech). Zostałem odnaleziony w Internecie. Wstawiałem filmiki na You Tube. Pewna agencja z Koszalina zadzwoniła do mnie z propozycją, czy nie chciałbym wyruszyć w podróż na statku do USA. To było dość poważne pytanie. Na mój wiek również, bo to było 5 lat temu. Miałem wyjechać na kilka miesięcy – od stycznia do września. Pojechałem z kolegą z Polski i dołączyliśmy do amerykańskich muzyków, których było tam 40. To był największy statek Carnivala i największy jaki pływał na Morzu Karaibskim. Jestem zwolennikiem słońca i ciepłego klimatu. Gdy dolecieliśmy do Houston, termometry wskazywały 22 stopnie a na drzewach kwitły cytrusy! Później było już tylko goręcej. Pod względem muzycznym nauczyłem się wiele od amerykańskich muzyków, np. jak grać bluesa nie odgrywając go. To był też czas zwiedzania. Było cudownie. Czy wróciłbym tam? Nie wiem. Teraz tyle się dzieje dobrych rzeczy wokół mnie, że chyba powinienem zostać i to wykorzystać. W momencie wyjazdu ze Stanów, chciałem bardzo już wracać. Brakowało mi wolności, bo statek to jednak obiekt zamknięty i ciężko wyjść. W dodatku zgubiłem wizę w trakcie kontraktu – zamoczyłem ją i nie dało się nic przeczytać. To oznaczało, że przez dwa miesiące nie mogłem w ogóle wychodzić ze statku. Ja jednak potrzebuję wolności.

Myślałem, czy nie wrócić wcześniej. Co prawda na statku miałem wygodnie. Mój pokój był zawsze wysprzątany, czekało na mnie śniadanie i inne posiłki. Jedyne, co musiałem zrobić, to być gotowym do grania koncertów 3 godziny dziennie. To praca, która była dla mnie zabawą i wielką przyjemnością.

Żałuję, że nie potrafię śpiewać.

Ale na statku można też na przykład robić zdjęcia. Co prawda zajmuje to trochę więcej czasu, ale też może być przyjemne i satysfakcjonujące.