🌻 wrześniowe wydanie Sukcesu 🌻 zapraszamy do lektury 🌻 najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🌻 POLECAMY  

Organizator:

Pociąg do fotografii

Podziel się

Gdyby nie pandemia Covid-19, to zakładu fotograficznego Foto-Gajek Usługi Fotograficzne by już nie było. Chwilę przedtem postanowili z żoną, że najwyższa pora przejść na emeryturę i wystawić zakład na sprzedaż. Odbyli kilka spotkań z potencjalnymi klientami i już byli zdecydowani, ale trzy tygodnie przymusowego zamknięcia w domu pokazały, że emerytura nie jest dla nich. O tym, jak to jest prowadzić biznes fotograficzny, opowiada Mieczysław Gajek, u którego poznaniacy wywołują zdjęcia już ponad 30 lat.

ROZMAWIA: Karolina Michalak
ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

Pandemia naprawdę pokrzyżowała Panu plany?
Raczej zweryfikowała. Po trzydziestu latach pracy któregoś dnia przyszła refleksja, że po tak długim czasie można by odpocząć i zająć się sobą, zwłaszcza że wiek i staż już nam na to pozwala. Widzi Pani – my z żoną od kilkunastu lat nie byliśmy na urlopie. Pierwsze kilka dni wolnego wzięliśmy na początku czerwca, gdy nasza córka wychodziła za mąż. A tak pracujemy 6 dni w tygodniu, dojeżdżając każdego dnia po blisko 80 kilometrów. Mimo że mamy pracowników, to większość prac wykonujemy sami – takie czasy.

Zakład Foto-Gajek funkcjonuje już od 32 lat. Ale to nie było Pana pierwsze zajęcie, prawda?
Ukończyłem zawodową szkołę kolejową i z wykształcenia jestem maszynistą, jak mój ojciec. Przez siedemnaście i pół roku pracowałem na kolei, z czego około 7 lat prowadziłem lokomotywy spalinowe i kursowałem ze stacji Wrocław Główny po niemal całej Polsce. W międzyczasie służyłem w wojsku jako saper i prowadziłem firmę w Niemczech.

Jak z maszynisty przeistoczył się Pan w fotograficznego potentata?
Z jednej strony można powiedzieć, że był to przypadek, a z drugiej to chyba było gdzieś zapisane.

Dlaczego tak Pan uważa?
Fotografią zajmował się już mój ojciec. Pokochał obiektyw i to, co za jego pośrednictwem można uzyskać. Oddawał się tej pasji z pełnym zaangażowaniem i poświęcał jej sporo prywatnego czasu. Do tego stopnia ją pokochał, że miał nawet swoich uczniów. Miał ciemnię, w której wywoływał wykonywane przez siebie fotografie. Ja natomiast od małego podpatrywałem go, pomagałem, suszyłem zdjęcia, czasem nawet jakieś przypaliłem, ku jego niezadowoleniu, więc można powiedzieć, że moja droga zawodowa została namaszczona i pokierowana przez ojca.

A z drugiej strony?
Po wielu latach nieobecności i pracy na Zachodzie przyjechałem do Wrocławia, z którego pochodzę, z kilkudniową wizytą do matki. Jadąc przez miasto, zauważyłem przy jednej z ulic kolejkę blisko 200 osób. W pierwszej chwili pomyślałem: „kartki wróciły!” Ciekawość wzięła górę. Przystanąłem, by sprawdzić, o co chodzi i zobaczyłem wielką maszynę do wywoływania zdjęć. Poczułem wtedy impuls i spisałem nazwę firmy. Sprawdziłem, co to za firma, gdzie mają swoją siedzibę, pojechałem i kupiłem maszynę. Oczywiście opowiadam to w telegraficznym skrócie, ponieważ chwilę to jednak wszystko trwało, ale i tak na tyle szybko doszło do transakcji, że nie miałem jeszcze lokalu, by ją postawić. Dopiero później zacząłem się zastanawiać: „no dobrze, ale gdzie ja ją postawię?”.

I to był impuls, by wrócić do fotografii i zająć się nią zawodowo?
Tak, ale też impuls, by wrócić do kraju. Gdy opuszczałem Polskę w 1980 roku, nie sądziłem, że wrócę. Nie wyobrażałem sobie sytuacji, w której w naszym kraju zapanują takie warunki, by jako maszynista wieść godne życie. Na kolei przepracowałem 17 lat i w pewnym momencie stwierdziłem, że moje życie nie może tak wyglądać. Miałem większe potrzeby życiowe i aspiracje, by się rozwijać. Wróciłem do Polski w 1990, chwilę po zmianie ustroju, gdy wolny rynek zaczął się rozwijać.

Ale mieszkał Pan także w Niemczech.
Jechałem do siostry, która mieszkała we Włoszech na wakacje. Któregoś razu wysiadłem w Hamburgu. Tam nic nie wypaliło. Kolejną próbę miałem we Frankfurcie nad Menem. Zostałem tam na kilka miesięcy, ale nie zagrzałem miejsca. Nie poddałem się i na 10 lat osiadłem w Gieboldehausen i Gottingen. Przez wiele lat wiodło mi się naprawdę dobrze. Imałem się różnych zajęć, aż w końcu założyłem firmę, a część moich pracowników stanowili Polacy. Dobra passa skończyła się, gdy DDR i RFN się połączyli i wtedy Niemcy zaczęli patrzeć na pracujących tam Polaków nieprzychylnie.

No, dobrze. Niemcy, Wrocław, a jak Pan trafił do Poznania?
W Poznaniu w tamtym okresie było najwięcej nieruchomości w rękach prywatnych, a własność kamienic i budynków była przejrzysta i uregulowana. Tutaj łatwo było ustalić, kto jest właścicielem lokalu i z nim wszystko załatwiać, a nie z pośrednikiem, czy miesiącami czekać na ogłoszenie licytacji. Ponadto, co najważniejsze, tam już jeden profesjonalny i w pełni zmechanizowany zakład fotograficzny był, a ja, chcąc zrobić interes, musiałem szukać miejsca z niszą rynkową i zamożnym społeczeństwem.

I tak stał się Pan pyrą!
Gdy przyjechałem do Poznania, swoje kroki skierowałem do centrum miasta na ulicę Święty Marcin. Tam zobaczyłem witrynę sklepową z tabliczką „Do wynajęcia” i numerem telefonu do właściciela Mariana Szymandery. Od słowa do słowa, zaproponował mi lokal przy ulicy Kramarskiej. Na początku miałem taki mały punkt, tuż za rogiem, ale po roku, gdy wyprowadził się stąd poprzedni najemca, przeniosłem się w to miejsce, zachowując jeszcze przez jakiś czas poprzedni lokal. I tak 20 września miną 32 lata, odkąd w Poznaniu istnieje Foto-Gajek.

Nowoczesny sprzęt, brak punktów serwisowych i świeżo upieczony poznaniak. Nie bał się Pan, że nie znajdzie ludzi do pracy?
Była obawa, że nie będę miał pracowników. Był to nowy sprzęt bez punktów serwisowych w kraju. Gdy coś się psuło, to musiałem zamawiać serwisanta z Niemiec na własny koszt. Sam przeszedłem solidne przeszkolenie w siedzibie firmy, więc byłem gotowy, aby wdrożyć każdego nowego pracownika. Problem pojawił się jeden na samym początku, co dziś opowiadam jako anegdotę. Dałem ogłoszenie do gazety i czekałem, aż zgłosi się ktoś, kto będzie miał jako takie doświadczenie w fotografii. Pierwsze zgłoszenia, które spłynęły, zostały mi skradzione. Niefrasobliwie nie zamknąłem samochodu, a na siedzeniu zostawiłem skórzaną teczkę, w której były wszystkie nadesłane aplikacje. Samochód był na niemieckich blachach i nie muszę już chyba kończyć. Dopiero przy kolejnym ogłoszeniu i nadesłanych zgłoszeniach udało się znaleźć odpowiednich pracowników.

Jesteście firmą rodzinną?
Od początku pracujemy razem, więc można tak powiedzieć. Choć na nas skończy się ten rodzinny interes. Przed ślubem nie rozmawialiśmy o tym, czy będziemy razem pracować, ale tak samo wyszło. Żona z wykształcenia jest ekonomistką i może dlatego tak dobrze nam szło (uśmiech). W przeciwieństwie do mnie z fotografią nie miała wcześniej styczność, ale poczuła ten klimat i weszła całą sobą w ten interes. Dzielimy się obowiązkami, każdy robi to, w czym czuje się najlepiej. Córka natomiast poszła w zupełnie innym kierunku, więc z pewnością firmy nie przejmie.

W czym tkwi Pana sukces?
Zawsze stawiałem na jakość, na oryginalny sprzęt, papier, odczynniki… Nie byłem jedynym zakładem fotograficznym w Poznaniu, dlatego musiałem sprawić, żeby klienci przyszli do mnie i ze mną zostali. W konsekwencji inwestycji w profesjonalny sprzęt nawet mniejsze zakłady finalnie przychodziły do mnie wywoływać zdjęcia, które zlecali im ich klienci.

Ale czy tylko sprzęt i jakość? A co z relacjami?
Oczywiście, że są. Mam wielu klientów, którzy są ze mną od początku. W tym interesie i w obecnych czasach najważniejsze to zaufanie. Nigdy nie zdradziłem, kto jest moim klientem. A często widzę na wywoływanych zdjęciach swoich innych klientów, znajomych czy osoby z pierwszych stron gazet. Czasem aż kusi, żeby poprosić klienta, by pozdrowił tego czy tamtego, bo się znamy, ale to byłoby nieprofesjonalne. Gdybym choć raz podrzucił jakieś zdjęcie do serwisu plotkarskiego, to mógłbym już na stałe zamknąć zakład. Klient, przychodząc do mnie, ma poczucie, że to, co przyniesie do zakładu, wyjdzie tylko z nim.

Opowiem Pani taką relacyjną anegdotę. Ostatnio przychodzi do mnie klientka z dzieckiem, a ja wręczam małej lizaka. Ona patrzy porozumiewawczo na mamę, a ta jej odpowiada: – Weź. Jak byłam w Twoim wieku też dostałam od tego Pana lizaka. – I to też jest relacja. Tak, jak w 1990 roku wprowadziłem zwyczaj rozdawania dzieciom, które przekroczą próg zakładu, lizaków, tak trwa on do dziś.

A czym jest dla Pana fotografowanie?
Ale fotografowanie czy robienie zdjęć, bo to jest różnica! Fotografowanie jest wtedy, gdy bierzesz do ręki aparat i naciskasz przycisk. Wtedy można powiedzieć, że coś lub ktoś został/zostało sfotografowane. Natomiast zdjęcie robię ja, czyli ten, który je obrabia i powoduje, że z aparatu wychodzi gotowy produkt.

Policzył Pan wszystkie zdjęcia, które wywołał?
Nie, ale największe, jednorazowe zamówienie na wywołanie zdjęć, jakie otrzymałem, liczyło 17 tysięcy egzemplarzy. 

Widzę, że mamy coś ze sobą wspólnego! Oboje lubimy zielone czekoladki.
Tak, najbardziej lubię te orzechowe i od razu je zjadam.