Organizator:

Poetycki manifest

04.12.2020 15:31:54

Podziel się

W marcu, na ulicach Łazarza, Jeżyc, w bramach, w witrynach sklepowych pojawiły się… wiersze. Była to odpowiedź na lockdown, zamknięcie w domach. Poezja na ulicach miała dodawać otuchy i pokazać, że mimo izolacji nie pozostajemy sami – mówi pomysłodawca akcji Robert Poczekaj. Po ponad pół roku wierszy na ulicach jest więcej, a w międzyczasie udało się w winiarni na Łazarzu zorganizować dwa poetyckie spotkania autorskie.

Rozmawia: Anna Skoczek

Zdjęcia: Archiwum prywatne bohatera

To Ty stoisz za poetyckim manifestem, Ty zostawiasz wiersze na Łazarzu i Jeżycach. Skąd ten pomysł?

Wszystko zaczęło się od marcowego lockdownu. Zostaliśmy wtedy nagle i w zaskakujący sposób pozbawieni pewnych rzeczy. Dla mnie to też był ważny moment relacji w związku. Z Agnieszką zaczęliśmy być już poważną parą. Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, razem przede wszystkim spacerowaliśmy, bo nic innego nie mogliśmy wspólnie robić. Wtedy uderzyły mnie częściowo absurdalne przepisy.

Jakie?

W Parku Kasprowicza zatrzymywali nas policjanci, którzy kazali nam się od siebie odsuwać, żeby zachować bezpieczny dystans. Na nic były tłumaczenia, że my i tak razem mieszkamy i jeśli mieliśmy się zarazić, to zrobiliśmy to w domu, więc nie zrobimy tego w parku. Do tego w pewnym momencie parki też były zakazane, więc tłumaczyliśmy, że jesteśmy na spacerze z psami. Wtedy pojawiła się niezgoda na te absurdy i brak logiki. Pomyślałem sobie, że będę jak zbuntowany Marcin Luter i przybiłem na bramie pierwszy wiersz.

Wiedziałeś już wtedy, że wieszanie wierszy będzie się powtarzać, że wyjdzie z tego trwająca dłużej akcja?

Na początku to był impuls. Wiersz, który wywiesiłem, był napisany ręcznie, drukowanymi literami, żeby był w miarę czytelny. Skserowałem go wtedy dwa razy, ale liczył się ten oryginalny, wywieszony blisko miejsca, w którym mieszkam. Od tego się zaczęło. Dopiero później wymyśliłem ten rytuał, że co piątek powstaje wiersz i przyczepiam go za każdym razem gdzieś indziej. Nie niszczyłem oczywiście niczego. Znajdowałem takie miejsca, żeby niczego nie szpecić.

Jaki był odzew?

Nie czekałem na reakcje, po prostu robiłem to, co czułem. Pierwsza informacja zwrotna pojawiła się, kiedy siedzieliśmy ze znajomymi w ich zamkniętym lokalu, w Winklu. W oknie wisiało tam właśnie kilka tych wierszy i kiedy tak rozmawialiśmy o tym, co będzie dalej, zauważyłem, że ludzie podchodzili do witryny i czytali. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem, że kogoś to interesuje. Kiedyś widziałem też starszą panią, która przystanęła i czytała wiersz powieszony na ścianie. Dla mnie to niesamowite, że w tym wielkomiejskim pędzie ludzie znajdują tę chwilkę, żeby zatrzymać się, przeczytać wiersz i pójść dalej. Miłą niespodzianką była dla mnie też wizyta w lokalu Gluten Tak. W pewnym momencie otworzyły się drzwi do kuchni, patrzę, a tam wisi moja kartka.

Sprawiło Ci to radość?

Oczywiście! To sprawiło mi niesamowitą radość, bo ktoś wziął mój wiersz i przywiesił go na ścianie. Ktoś chciał, żeby ten wiersz mu towarzyszył, żeby był.

Można Cię nazwać poetą?

W ogóle się nim nie czuję. Do tej pory tylko jedna osoba oceniła moją poezję, uznając ją za delikatnie naiwną. Nie zabolało mnie to, bo tak naprawdę opisuję swoje emocje. Wcześniej, przed zamknięciem, nie pisałem wierszy. Zajmowałem się raczej poetycką prozą.

A interesowałeś się poezją?

Czasem tylko czytałem, ale równie dużo czytałem prozy, reportaży, fantastyki, nawet romansideł. Nadal czytam wszystko. Zmieniło się tylko to, że przelewam swoje uczucia na papier i zostawiam na ulicy. To element autoterapii, a czasem z wywieszanymi wierszami było różnie.

To znaczy?

Wystarczyło, że wracałem z psem ze spaceru i już wiersza nie było w tym miejscu, w którym go zostawiłem. Założyłem wtedy, że taka jest żywotność wiersza, że jedne wiersze przeżyją, inne nie. Były takie, które wisiały trzy miesiące, a były takie, które znikały natychmiast. Ginęły zwłaszcza na Jeżycach.

Ale w pewnym momencie poetycki manifest przerodził się w serię spotkań na żywo. Jak to się stało?

Poetyckiemu manifestowi na ulicach zaczął towarzyszyć zwyczaj zamawiania książek z księgarni Bookowski. Zamawiam je w ciemno, więc raz w tygodniu otrzymywałem od nich poetycką niespodziankę. Dostawałem paragon dwa dni po zakupie, ale zamawiałem książki, licząc na rekomendację księgarzy. Był to też czas, w którym trzeba było wspierać drobne biznesy, oczywiście na miarę swoich możliwości. Robiłem to regularnie i do tej pory to robię. Wśród tych poetyckich niespodzianek pojawiła się Patrycja Sikora. Okazało się, że jest z Poznania, więc napisałem do Niej, zaproponowałem spotkanie autorskie.

Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę…

Tak wyszło pierwsze spotkanie w Winklu na Łazarzu. Skrzyknęliśmy się na facebooku i zrobiliśmy spotkanie na żywo. Przyszła całkiem spora grupa ludzi. Był tam również Pan Krzysiu, który jest chemikiem, naukowcem i okazało się, że przez wiele lat pisał wiersze do szuflady. Ujawnił się z tym dopiero na naszym poetyckim spotkaniu. Odważył się nawet przeczytać swój wiersz publicznie. To niesamowite.

Myślisz, że Twoje wiersze wyzwoliły w ludziach chęć dzielenia się swoją twórczością?

Mam nadzieję. Dlatego też powstały te spotkania. Chodziło o to, żeby każdy przyniósł swój wiersz – albo napisany przez siebie, albo swój ulubiony czyjegoś autorstwa. Miała to być bezpieczna przestrzeń do otwierania się, bo nikt nie musiał mówić czyja to poezja. Pozwalało to zdjąć z siebie poczucie obnażenia, nikt nie narażał się na żadną ocenę.

Zaskoczyła Cię frekwencja na spotkaniach?

Nie spodziewałem się ogromnych tłumów. Zdaję sobie sprawę z tego, że w Internecie są miliony ludzi, którzy klikają, że są czymś zainteresowani, ale ostatecznie przychodzi garstka. Ci, którzy przyszli na nasze spotkania poetyckie, sprawili mi ogromną radość. Liczyłem na jeszcze kilka osób, ale różnie się życie układa. Na pierwszym spotkaniu było już około 20 osób.

Czy po pierwszym zamknięciu widziałeś w ludziach głód spotkań?

W trakcie pierwszego zamknięcia wszystkie działania były bardziej spontaniczne. Chodziło bardziej o to, żeby się spotkać, zamienić z kimś słowo. Był taki moment pierwszego zamknięcia, że po ludziach było widać, że potrzebują innych, że mają głód relacji. Tuż przed lockdownem wyprawiłem jeszcze urodziny, a część osób już bała się przyjść. Kiedy znów można było wychodzić i bezpiecznie się spotykać było widać, że kontakt z innymi daje ludziom odprężenie, że na chwilę znów są w innym, lepszym świecie.

Co teraz? Co będzie dalej?

Póki co musieliśmy zawiesić działalność, bo znowu zamknięte są lokale gastronomiczne. Staramy się jednak mieć spokojny dystans do tej pandemii. Po prostu nie wpadamy w panikę. Myślimy o tym, żeby zrobić spotkanie transmitowane przez Internet. Chciałbym mimo wszystko zachować ciągłość, bo życie mnie nauczyło, że ważna jest konsekwencja działania. To pozwala ludziom czuć się bezpiecznie.

A jeśli chodzi o wywieszanie wierszy na ulicach?

Wiersze nadal powstają, nadal można je znaleźć na ulicach i oczywiście będzie to kontynuowane. Nawet jeśli miałaby to być jedna kartka, chciałbym ją wywiesić. Kiedyś, widząc wielkie plakaty na stacjach metra, wyobrażałem sobie, że fajnie by było, gdyby wisiały tam wiersze. Tak samo miałem patrząc na bloczki biurowe. Może uda się zrealizować te pomysły. Marzy mi się też wydanie tomiku poetyckiego z czasu pandemii. Chciałbym, żeby był to zapis z tego dziwnego czasu. Te wiersze są dowodem na to, że albo można się załamać pandemią, albo wykorzystać ją jako dobrą okazję do rozwoju. To wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie moja żona Agnieszka. Jestem Jej niesamowicie wdzięczny za tolerowanie tych pomysłów i inspirowanie mnie do działania.

Myślisz, że do wiosny Łazarz stanie się poznańskim zagłębiem poetów?

Życie pokazuje, że kulturalnie Łazarz rozwija się w dobrym kierunku. Otworzyła się u nas ostatnio księgarnia Bookarest, powstają kulturalne knajpki, ludzie chcą się tu spotykać, rozmawiać. Łazarz na pewno nabiera kolorów i artystycznej duszy, ta dzielnica na naszych oczach zmienia swoje oblicze.