Organizator:

Proszę być dla siebie dobrym

03.04.2020 12:00:00

Podziel się

Na niedzielną mszę świętą o godzinie 21.00 do kościoła Matki Bożej Różańcowej (klasztor oo. dominikanów w Poznaniu) przychodzi około 1000 osób. Przeszło trzy tysiące śledzi profil mszy na Facebooku (Msza21.Dominikanie). To fenomen w dzisiejszych czasach, kiedy raczej od Kościoła się odchodzi. Ze względu na zagrożenie koronawirusem i ograniczenia dotyczące zgromadzeń, kościół zamknięto. Wszyscy znaleźli się w innej rzeczywistości. Jak w tej sytuacji przeżywać Wielkanoc mówi dominikanin, Ojciec Roman Bielecki OP.

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Adam Ciereszko

Jak skupić tyle osób na jednej mszy świętej?

Nie wiem, proszę zapytać tych, co przychodzą (śmiech). Zdaję sobie sprawę, że nasza wieczorna msza jest specyficzna. Adresowana zarówno do wierzących i przekonanych chrześcijan, ale także do poszukujących. To, co tam mówimy i w jaki sposób ją odprawiamy, nie jest w moim przekonaniu jakoś szczególnie niezwykłe. Zależy nam na tym, by pomóc ludziom odnaleźć swoje miejsce w kościelnej ławce i nawiązać relacje z Bogiem. Tyle się mówi, że nikt nie jest z Kościoła wyrzucony, nikt nie jest odepchnięty. Staramy się to pokazywać w praktyce. Mówić o codziennych problemach, nie bać się przyznawać do błędów, dostrzegać poharatanych przez życie, wspierać tych, którzy się z wiarą mocują, zadają pytania trudne i niewygodne.

Ale to chyba też zasługa Ojca?

Ksiądz to jedno, resztę tworzą ludzie. To dzięki nim ta msza jest wyjątkowa. To oni pokazują, że w obliczu wielu złych, gorszących i głupich rzeczy, dziejących się w Kościele, można w nim znaleźć także i takie miejsce, do którego człowiek przyjdzie, pomodli się z innymi, a potem wyjdzie i może nawet przyprowadzi innych, bo powie, że doświadczył czegoś niezwykłego w sercu wielkiego miasta.

Oprócz nas dwóch (wraz ze mną jest mój współbrat ojciec Norbert) mamy niemal 30-osobowy zespół wokalny. To są ludzie, którzy mają swoją pracę, rodziny, obowiązki, a mimo to znajdują czas na próby w tygodniu i śpiewanie w niedzielne wieczory do dwudziestej drugiej. Są ludzie, którzy zmieniają slajdy, tak żeby wszyscy widzieli przed sobą teksty pieśni i nie było wymówek, że nie znam i nie umiem. Są ci, którzy czytają czytania. Można by powiedzieć: banały. Pewnie tak, ale z takich drobiazgów składa się całość.

Jak to się zaczęło?

Kilkanaście lat temu. Początkowo tylko w lipcu i sierpniu, jako propozycja dla tych, którzy wyjeżdżają poza miasto podczas wakacji. W końcu ludzie sami przychodzili i prosili, żeby msza odbywała się przez cały rok. Najpierw w wersji recytowanej, potem pojawiła się schola. I tak legenda miejska rozeszła się drogą szeptaną.

I potem powstał Wasz profil na Facebooku.

Powiedziałem sobie kiedyś, że ja tego nie będę robił. Ale jak ktoś się zgłosi, to OK. No i proszę: Bóg zesłał mi ludzi, którzy od siedmiu lat prowadzą nasze kanały na Facebooku i Twitterze. Nazywam to nieformalnym duszpasterstwem. Taki internetowy Kościół realnej wiary. Wstawiamy tam kazania, które – jak pokazują statystyki – są odsłuchiwane poza Poznaniem, a nawet poza Polską!

No właśnie. Jak się ma teraz internetowy Kościół?

Jak to mówił Kazimierz Górski – gra się tak, jak przeciwnik pozwala. Z racji zagrożenia pandemią działamy na kanale facebookowym dwudziestki jedynki, ograniczając się do ewangelii i kazań. Natomiast jako klasztor dominikanów uruchomiliśmy na YouTube nasz kanał i w każdą niedzielę transmitujemy mszę o godz. 11.30, a w tygodniu o 17. Zagrożenie jest poważne i nieustająco apelujemy do osób starszych, by skorzystały z możliwości jakie daje technologia, pozostając w domu.

Chciałabym jeszcze wrócić do tych niedzielnych mszy o godzinie 21, które m.in. Ojciec odprawia. Jak to jest przyciągnąć do kościoła tyle osób, zwłaszcza, że dziś tych osób ubywa.

Dominikanie od zawsze mieli swój charakterystyczny język mówienia o Bogu. Niektórzy uważają, że to Kościół z ludzką twarzą, choć przecież wielu jest dobrych księży w Poznaniu. My od zawsze byliśmy alternatywą dla tych, którzy z różnych powodów nie odnajdują się w swoich parafiach. Czują głód Boga i nie wystarcza im to, co dostają albo czego nie dostają u siebie.

Myślę jednak, że ważne jest to, jak mówić do ludzi.

Staramy się mówić zwykłym językiem. Opowiadać historie z życia, zostawiać obrazy jako pomoc do Ewangelii. Choć została napisana dwa tysiące lat temu, to przy odrobinie wysiłku dobrze się adaptuje do naszych czasów.

Jest taka scena w niedawnym serialu „Nowy papież”, gdzie do fikcyjnego papieża Jana Pawła III, którego gra John Malkovich, przychodzi na audiencję Sharon Stone, którą gra prawdziwa Sharon Stone. W pewnym momencie Ona pyta: Ojcze Święty, czy nie moglibyśmy tak troszkę upgreadować Pismo Święte i je uwspółcześnić? On się zamyśla i mówi: Nie, bo prędzej czy później wszystko co jest upgraedowane ląduje na śmietniku, nawet najżwawsza wersja iPhona za rok będzie już stara. Dlatego wciąż trzymamy się tego tekstu. I dokładnie o to chodzi.

Od nas księży zależy, żeby nie zrobić z mszy skansenu historycznego, tylko pokazywać, że Słowo Boże jest żywe i aktualne. Można na przykład opowiadać przypowieść o pannach mądrych i głupich, które zabrały ze sobą oliwę do lamp czekając na pana młodego. Ale kto dziś chodzi z oliwą po mieście, więc można całą sytuację porównać do zabrania lub zostawienia ładowarki do telefonu. I tekst od razu zyskuje na aktualności.

Bywa, że Ojciec jest nieprzygotowany?

Czasem tak. To łatwo poznać po słowotoku. Gadam i skończyć nie mogę. Wtedy lepiej się przyznać – nie mam żadnej myśli, nie wiem co powiedzieć.

Miał Ojciec tak?

Zdarzyło mi się.

I co wtedy?

Zaskakujące. Ludzie przychodzili i dziękowali, za odwagę i przyznanie się, że mam gorszy dzień i tego nie udaję.

Jak wygląda Wielkanoc w klasztorze?

W tym roku będzie zupełnie inaczej niż do tej pory. Zwykle było tak, że w tygodniu przedświątecznym spowiadaliśmy cały Poznań (śmiech), siedząc w konfesjonałach po kilkanaście godzin od poniedziałku do soboty. W wielu wypadkach nie są to typowe spowiedzi formułkowe, ale bardzo poruszające opowieści o życiu. Potem następuje to, co najważniejsze, czyli Triduum Paschalne – Wielki Czwartek, Wielki Piątek i Wielka Sobota. To najważniejsze dni w roku i bardzo poruszająca modlitwa. A potem to tak naprawdę już koniec świąt, bo Wigilia Paschalna sprawowana w Wielką Sobotę o godzinie 21.00, kończy się ogłoszeniem zmartwychwstania.

W takim razie jak przeżyć to, co najważniejsze?

Bez względu na to, czy będziemy w kościele czy w swoim domu przed ekranem, każdy jest zaproszony do tego, by przejść tajemnicę od śmierci do zmartwychwstania Chrystusa. To jest najważniejsze.

Co to znaczy?

Każdy z nas nosi w sobie kawałek śmierci. Jedni bardziej, drudzy mniej świadomie. Nieprzebaczenie, konflikty rodzinne, niszczące nawyki, toksyczne relacje, w które jest się uwikłanym, depresje, lęki. Śmierć ma w naszym życiu różne oblicza. Zmartwychwstanie to nie abstrakcyjna prawda, ale konkretna miłość, która daje nadzieję na nowe życie. Byłeś oszustem, nie musisz nim być, siedziałeś po uszy w bagnie – możesz je zostawić, żyłeś w konflikcie – możesz go przekroczyć.

W „Ostatnim kuszeniu Chrystusa”, wiele lat temu silnie oprotestowanym filmie Martina Scorsese, jest kilka mistrzowskich scen. Jedna z nich pokazuje wskrzeszenie Łazarza. Jezus podchodzi pod grób, od którego odtaczają kamień. Wszyscy, którzy stoją obok, odsuwają się, bo z grobu śmierdzi niemiłosiernie. A Jezus woła w tę ciemność: Łazarzu wyjdź. Potem głośniej, drugi raz i trzeci. I kiedy zaczyna krzyczeć, to nagle z tej ciemności wychyla się ręka, która go wciąga. Ludzie stoją przerażeni. Napięcie trwa chwilę i w końcu Jezus wychodzi wyprowadzając Łazarza. To piękny obraz tego, czym jest zmartwychwstanie.

Jak będzie wyglądała spowiedź w tym roku?

Nikt z nas tego nie wie. Dużo zależy od rozwoju sytuacji epidemicznej. Ale bardzo chcę uspokoić tych, którzy się martwią, że nie przystąpią do spowiedzi wielkanocnej i że ona nie musi odbyć się przed świętami. Mamy czas do uroczystości Świętej Trójcy, bo wtedy formalnie kończy się w Kościele „czas wielkanocny”. Czyli w tym roku do 7 czerwca włącznie. Spokojnie, zdążymy.

A Ojciec lubi bardziej Boże Narodzenie czy Wielkanoc?

Boże Narodzenie jest łatwiejsze. Kojarzy się rodzinnie z choinką, prezentami i stołem. Wielkanoc jest bardziej kościelna. W tym sensie, że jeśli w jej przeżywaniu pozbawimy się elementu duchowego i modlitewnego, to będą to po prostu dwa kolejne dni wolnego i nic więcej. Dlatego tak ważne jest, by w te wieczory znaleźć czas i być jeśli nie w kościele, to ze swoją wspólnotą w transmisji on-line.

Po co?

Bo to podczas liturgii Jezus mówi o nowym przykazaniu miłości, kiedy klęka i myje nogi apostołom, prosząc, by i oni robili tak samo. Tak sobie okazujcie miłość. W rodzinie czy w małżeństwie. To jest centrum Ewangelii. To w czasie liturgii Wielkiego Piątku patrzymy na krzyż. Bo nie da się przejść przez życie bez krzyża i trudności. I to jest ten dzień, kiedy można dotknąć Jezusa, sprawdzić, że jest taki trochę kanciasty i ma nogi przebite. Ale jest się z Nim blisko. To bardzo osobiste i intymne spotkanie z Bogiem. No i potem Wielka Sobota, kiedy trochę się przygotowujemy, trochę święcimy, trochę czekamy i w końcu mówimy, że jest miłość i życie większe od śmierci. A potem nadchodzi niedziela i jemy świąteczne śniadanie, jesteśmy razem. I to też jest fajne.

Tęsknicie za ludźmi?

To wszystko dookoła nas, to sytuacja przejściowa. Niewygodna i długa, ale przejściowa. Oczywiście że można i trzeba się modlić w domu, ale potrzebujmy też bycia razem, siadania w swoich ulubionych miejscach, widzenia siebie, dzielenia się wiarą także poprzez wspólny kontakt czy rozmowy na naszych krużgankach.

Czego życzyć poznaniakom na Święta Wielkanocne?

By byli dla siebie dobrzy. Zwłaszcza teraz, kiedy widzimy, że potrzebujemy siebie nawzajem. I że odpowiedzialność każdego waży tyle samo. Taki mamy czas, że przesłanie Ewangelii przekuwamy na zainteresowanie, wrażliwość, odpowiedzialność, empatię, wsparcie, miłosierdzie. Jak nie raz o tym mówi papież, nie zauważyliśmy, że wokół nas i w nas samych są poukrywane różne ciemności. I chcąc nie chcąc, kwarantanna narzuciła nam długie rekolekcje, bez księży i bez tłumnych zgromadzeń. W ciszy własnego domu, organizując sobie po swojemu swój dzień. Pomiędzy dłuższym spaniem, poczytaniem czegoś mądrzejszego, na co nie było czasu, pomiędzy rozmową z rodziną i poważniejszym sprzątaniem mieszkania. W tym dziwnym niepokoju, możemy też zatroszczyć się o chwile pełne spokoju, w których na dnie serca ma szanse odezwać się głos kogoś większego od tego co codzienne. Jeśli to ocalimy, to będzie to dla nas wszystkich znak zmartwychwstania. A potem, jak wszystko się uspokoi, opowiedzmy sobie o tym na mszy o 21. Każdy jest zaproszony.

 

Roman Bielecki – pochodzi z Rzeszowa, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT. Do zakonu dominikanów wstąpił w 2002 roku, od 2010 r. jest redaktorem naczelnym miesięcznika „W drodze”. Wspólnie z Katarzyną Kolską autor książek: „Smaki życia” – rozmów z polskimi intelektualistami i twórcami kultury, a także „Po co światu mnich”– wywiadu rzeki z Michałem Zioło, jedynym polskim trapistą. Mieszka w klasztorze przy ul. Kościuszki. W niedziele celebruje msze o godz. 21.