Organizator:

Rodzic nie musi być wszechmocny

21.05.2021 10:45:07

Podziel się

Samopoczucie i kondycja psychiczna rodzica mają ogromne znaczenie dla rozwoju dziecka i jego stanu psychicznego. Rozwój potencjału zależy od warunków i otoczenia w jakich wzrasta. Należy jednak pamiętać, że dziecko nie jest czystą kartą, która tylko chłonie niczym gąbka to, co w otoczeniu się dzieje. O tym, że rodzice nie są wszechmocni w swoim rodzicielstwie opowiada dr Paulina Gołaska-Ciesielska.

ROZMAWIA: Klaudyna Bogurska-Matys
ZDJĘCIA: Unsplash

Szczęśliwy rodzic, to szczęśliwe dziecko. Czy to jest reguła?

Dr Paulina Gołaska-Ciesielska, Centrum Wspierania Relacji Fundacja RELACYJNI: Coraz wyraźniej, jako społeczeństwo dostrzegamy, że samopoczucie i kondycja psychiczna rodzica mają ogromne znaczenie dla rozwoju dziecka i jego stanu psychicznego. W psychologii humanistycznej uważa się wręcz, że najważniejszymi dla rozwijania tkwiącego w człowieku potencjału są warunki, w jakich wzrasta – najbliższe mu otoczenie, które niczym gleba, woda i światło słoneczne pozwalają roślinie rozkwitać. Dlatego, jeśli ktoś pyta o to, czy ważne jest z perspektywy wspierania dziecka, aby rodzic w swym życiu i relacjach czuł się dobrze, to oczywiście powiedziałabym, że tak. Ważne jest jednak, aby pamiętać też, że dziecko nie jest czystą kartą, która tylko chłonie niczym gąbka to, co w otoczeniu się dzieje, ale że ma również swoją osobowość, swoją perspektywę i swoje – zwykle jeszcze niedojrzałe, ale jednak – filtry, przez które odbiera rzeczywistość. Rodzice w swym rodzicielstwie nie są „wszechmocni” i tak jak nie zawsze są odpowiedzialni za cierpienie dziecka, tak też, w niektórych sytuacjach, mogą nie być w stanie samodzielnie sprawić, że będzie ono znów szczęśliwe.

Spokój, miłość i szczęście w rodzinie przekłada się na zdrowie psychiczne dziecka. Ale nie tylko. Kiedyś pediatra podpowiedział mi, że dziecko może chorować przez jakiś problem w domu, w rodzinie. Czy tak to wygląda? Atmosfera w domu może wpłynąć na odporność dziecka?

Tak, jest to możliwe. Podobnie jak my, dorośli, na skutek doświadczanego chronicznie stresu możemy częściej zapadać na różnego rodzaju choroby (m.in. ze względu na obniżającą się odporność), tak też dzieci reagować mogą na doświadczane przez dłuższy czas napięcie, spowodowane na przykład poważnymi konfliktami między rodzicami. Kłótnie w domu, problemy zdrowotne członków rodziny, trudności finansowe czy inne wysoko stresujące sytuacje generują dużo napięcia, budują silne poczucie, że „coś wisi w powietrzu” czy że „atmosfera jest gęsta”. Dzieci bardzo szybko i dobrze wyczuwają te zmiany i ze względu na fakt, iż ich zwykle nie rozumieją, nie mają też możliwości ich poznawczego opracowania. Bardzo wyczulone w odbiorze emocji z otoczenia są m.in. dzieci wysoko wrażliwe i w spektrum autyzmu. Niezależnie jednak od neurotypu, przebywanie w atmosferze napięcia nikomu w żaden sposób służyć nie może i z pewnością nie wspiera wszechstronnego, harmonijnego rozwoju. Z drugiej strony warto pamiętać, że każde trudne doświadczenie, które nas spotyka można przekuć w dobro i dzięki niemu wewnętrznie się rozwijać.

A jeśli w domu wszystko jest „okej”, to czy na zdrowie dziecka może mieć wpływ atmosfera w przedszkolu, szkole?

Tak, zdecydowanie! I jest to sugestia, którą zawsze przekazujemy rodzicom podczas konsultacji. Stąd też tak ważna przy diagnozowaniu stanu dziecka jest diagnoza rodzinna oraz środowiska szkolnego. Napięcia, brak dostosowania oferty edukacyjnej do potrzeb dziecka, zaniedbania w tym obszarze mogą przyczynić się do poważnych odreagowań w postaci tzw. trudnych zachowań czy nawet stanów chorobowych. Przywykliśmy niestety dość wąsko patrzeć na dziecko i gdy pojawia się coś, co nas niepokoi, podejmować interwencje jedynie względem niego. Niekiedy jednak wystarczy wprowadzić pewne zmiany w środowisku, w jakim się rozwija, a jego reakcje wtórnie ulegają zmianie. Dziecko, rodzina i przedszkole/szkoła działają trochę na zasadzie naczyń połączonych. Powoli zaczynamy dostrzegać te złożone zależności i wykorzystywać ich rozumienie do efektywnego wspierania rodzin w kłopocie.

Często rodzice uważają, że w ich rodzinie wszystko jest dobrze i nie mają powodów do zmartwień. A tu nagle dzieje się coś, co po ludzku nie mieści im się w głowie. Wtedy zaczynają szukać, gdzie zrobili błąd i nie potrafią ustalić, co poszło nie tak, jak powinno. Psycholog może im w tym pomóc?

Psycholog, dzięki swemu zdystansowaniu względem sytuacji i braku silnego prywatnego emocjonalnego zaangażowania w relacje z rodziną, rzeczywiście może spojrzeć nieco inaczej niż członkowie rodziny i wszyscy ci, którzy mierzą się z problemem bezpośrednio. Dla mnie praca psychologa dziecięcego to rola podobna do działań Sherlocka Holmesa, polegająca na zebraniu wszystkich danych, wyłapaniu niekiedy pozornie nic nie znaczących detali, uchwyceniu dodatkowo oglądu całości i stworzeniu z tego spójnego logicznego obrazu, który pozwoli zrozumieć sytuację. Oczywiście, nie zawsze znalezienie odpowiedzi na pytanie, co się dzieje i dlaczego jest łatwe. Niemniej psycholog, mając odpowiednią wiedzę i umiejętności, może pomóc rodzinie odkryć ją szybciej. Myślę, że to ważne, by pamiętać, że psycholodzy nie są nadludźmi, którzy posiedli tajemną wiedzę o tym, jak żyć i sami dzięki temu nie przeżywają trudności, chwil zwątpienia, okresów kryzysu. W swym życiu prywatnym psycholodzy mierzą się również z wieloma problemami, które są po prostu wpisane nieuchronnie w nasze życie i gdy zaistnieje taka potrzeba, sami mogą udać się po pomoc do kolegi lub koleżanki „po fachu”.

Co najczęściej odkrywają rodzice?

Bardzo często uświadamiają sobie, że coś, w co wierzyli, nie jest prawdą – na przykład, że nie są odpowiedzialni za trudności rozwojowe swojego dziecka, albo wręcz przeciwnie, że ich własne problemy mogą przekładać się na funkcjonowanie dziecka. Zaskakujące jest też dla nich to, że specjalista, do którego się zgłosili, jest życzliwy, traktuje ich z szacunkiem, nie ocenia, ani nie krytykuje, nie wyśmiewa ich problemów, ani nie wywyższa się z racji swego wykształcenia czy doświadczenia, że traktuje ich dziecko z sympatią, ciepłem i podobnym szacunkiem. Próbuje realnie pomóc na tyle, na ile jest to dla niego możliwe. Myślę, że jest to dla większości duża niespodzianka.

Czy jest jakaś recepta na szczęśliwe życie? Czy jest jakaś dobra rada, ćwiczenie, metoda, którą warto wprowadzić w swój plan dnia?

Uśmiecham się ciepło, bo to bardzo trudne pytanie, które zadajemy sobie chyba wszyscy, a wielu filozofów poświęcało swoje zawodowe życie, by odnaleźć na nie odpowiedź. Myślę, że nie ma jednej recepty, którą można zaproponować wszystkim bez wyjątku, więc raczej możemy pytać o czyjąś indywidualną perspektywę i to, co pomaga być szczęśliwym jemu/jej jednemu/jednej. I chyba do tego zachęcałabym najbardziej. Do poszukiwania tego wyjątkowego „czegoś”, co daje Pani/Panu szczęście, co powoduje, że odczuwa Pan/Pani „flow”. Bycia szczerym i prawdziwym wobec siebie (co zdecydowanie nie jest łatwe i wymaga niekiedy ogromnej odwagi), poznania swoich potrzeb i życia zgodnie z nimi, niezależnie od tego, czy są bardziej standardowe, czy mniej. Oczywiście nie zachęcam do buntu i rewolucji, raczej do systematycznego poszerzania wiedzy o sobie samym i odwagi życia zgodnie z tym, co podpowiada nam nasze Ja.

A asertywność? Często boimy się powiedzieć „nie”, a przecież mamy do tego prawo.

Umiejętność mówienia „nie” i stawania granic jest jedną z ważniejszych umiejętności, którą warto pielęgnować u siebie i swojego dziecka. Często się zdarza, że trafiają do nas rodzice, którzy tego nie potrafią, co silnie zakłóca ich relacje z dzieckiem i relacje w całej rodzinie. Mam wrażenie, że mówienie „nie” w społecznym odbiorze jest utożsamiane z brakiem życzliwości, nieuprzejmością, a nawet chamstwem. Zdecydowanie tak być nie musi, a promowanie przeciwnej postawy w postaci absolutnej uległości, nawet w sytuacjach, gdy ktoś nam wyrządza krzywdę, nie jest ani dla nas dobre, ani rozwojowe. Jeśli nie chcemy, by nasze dzieci zgadzały się na przemoc pod żadną postacią, warto abyśmy sami również tę niezgodę w sobie mieli i potrafili ją kulturalnie, acz stanowczo komunikować. Stawianie granic jest umiejętnością, która wymaga kontaktu ze swoją „zdrową” złością, co dla niektórych osób, z różnych powodów, może być początkowo przerażające. I jeśli tak jest, to jest to duży kawałek do pracy z psychologiem lub psychoterapeutą.

Mówienie swoim dzieciom „nie” też powinno przynosić korzyści. W końcu wyznaczanie granic swoim dzieciom daje im większe poczucie bezpieczeństwa.

Zdecydowanie. Wzrastanie w środowisku, w którym tych granic nie ma, może być niezwykle zakłócającym rozwój dziecka doświadczeniem. Granice są niezwykle ważne, wskazują bowiem, co w danej relacji jest dla mnie do zaakceptowania, a co nie, pozwalają poznawać perspektywę drugiej osoby, która wcale nie musi być taka sama, jak moja, a także uczą szacunku względem odmienności.