🌻 wrześniowe wydanie Sukcesu 🌻 zapraszamy do lektury 🌻 najpopularniejszy magazyn lifestylowy o Poznaniu 🌻 POLECAMY  

Organizator:

Wciąż spełniam swoje marzenia

01.03.2022 09:10:45

Podziel się

Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji w Witkowie. Publiczność na stojąco bije brawo. Grażyna Łobaszewska schodzi ze sceny, podaje mi rękę i zaprasza do garderoby. Uwielbiam jej mądre teksty, zachrypnięty głos, klasę i energię, którą mogłaby obdzielić tłum dwudziestolatków. I chociaż urodziła się w Gdańsku, to mówi o sobie poznanianka, bo właśnie w Poznaniu zaczynała muzyczną przygodę i to tu ma rodzinę. Z Grażyną Łobaszewską Rozmawia Joanna Małecka

ROZMAWIA: Joanna Małecka
ZDJĘCIA: Archiwum prywatne

Jestem pod wrażeniem Pani niesamowitej energii na scenie. Jak Pani to robi?
Ja zawsze byłam energetyczna, ta energia jest we mnie. Wie Pani, zazwyczaj śpiewam smutne piosenki, a przy nich nie mogę przecież chichotać jak durna. We mnie jest dużo powagi i humoru scenicznego, a łącząc te wszystkie żywioły, uzyskujemy taki trochę niemożliwy zestaw. Ale taka jestem. Kiedyś chodziłam w czarnych płaszczach, dziś lubię białe (śmiech).

Dzisiaj ma Pani na sobie kolorowe barwy, bardzo pozytywne i energetyczne.
Jestem kolorowa jak moja dusza. I to jest właśnie ta przeciwwaga do moich smutnych piosenek. Żyjemy w naprawdę trudnych czasach, wystarczy się rozejrzeć. I kiedy zobaczymy te wszystkie straszne rzeczy wokół to trzeba ratować się energią, kolorem. Ja to robię.

Skąd Pani bierze siłę?
Kocham to, co robię. Kocham ludzi, z którymi pracuję. Wszystkie osoby, które Pani widzi, to moi przyjaciele. Dzięki nim czuję się bezpieczna, zaopiekowana. Mogę przejechać 900 kilometrów samochodem na koncert, wysiąść, zagrać i nie czuję zmęczenia. Wie Pani dlaczego?

Dlaczego?
Bo wciąż jestem małą dziewczynką, która spełnia swoje marzenia. I to jest piękne.

W tym roku kończy Pani 70 lat.
Boże, naprawdę (śmiech)?! To dobry wiek. Wie Pani, mnie fascynują cyfry. W naszej rodzinie było wielu matematyków. Mój dziadek potrafił czytać linie papilarne i mówił, co nas w życiu spotka. Wszystko się sprawdziło. Jestem numerologiczną siódemką. Siódemki są bardzo poważne, ale z drugiej strony żartobliwe. Latają w kosmosie i twardo stąpają po ziemi. Kochają sztukę, wszystko co tajemnicze, przypatrują się światu. Są metafizyczne. Widzą i czytają ludzi. To mi pomaga w pracy z młodzieżą.

Gdzie pracuje Pani z młodzieżą?
Na różnych warsztatach. Za każdym razem boją się, kiedy wchodzę do sali, a potem, gdy już mnie poznają, zapraszają na spotkania, wesela, imprezy rodzinne. To jest niesamowite.

W ogóle relacje dzisiaj są bezcenne.
Dokładnie tak. Bez nich bylibyśmy niepełni. Myślę, że pandemia pozwoliła nam zrozumieć, co jest w życiu najważniejsze.

A co jest najważniejsze?
Więzi uczuciowe z rodziną, dziećmi, przyjaciółmi.

Słyszałam, że ma Pani więź z Poznaniem.
Moja mama pochodzi z Poznania, podobnie jak jej kuzynki, a moje ciotki. A skoro tak to jest, to mogę śmiało powiedzieć, że jestem poznanianką. Poza tym, tutaj urodził się mój syn, tu wyszłam za mąż, tutaj powstał mój pierwszy zespół Ergo Band. Mieszkałam na ulicy Gajowej, tuż nad Kazimierą Iłłakowiczówną, z którą przyjaźnili się moi teściowie. W Poznaniu lubię lokalne targowiska, to, że wszędzie jest blisko. Kocham stare miasto. Właściwie to w Poznaniu zadziało się wszystko to, co najważniejsze w moim życiu. I tutaj zaczęło się moje prawdziwe śpiewanie. Bo wie Pani, ja nie śpiewam, żeby sobie pośpiewać. Chcę być w konfrontacji z drugim człowiekiem, z jego wrażliwością. Szukam na widowni podobnych ludzi do siebie. I oni tam są! Każdy oklask i każdy bis to moja grupa krwi. Jakie to jest piękne… Kiedy człowiek boi się ludzi, to oni od niego uciekają. A jeśli ktoś – tak jak ja – kocha ludzi – to oni tę miłość odwzajemniają. To jest naturalne. To, co dajesz, to otrzymujesz.

Czy Pani ma jeszcze tremę przed wyjściem na scenę?
Tak, mam. Nie jest to coś, co mnie paraliżuje, to bardziej taka trema, że muszę wejść na scenę czysta, bez myśli, bez problemów, bez bólu. Muszę zamknąć drzwi za tym, co za mną. Liczy się tu i teraz. Wchodząc na scenę zastanawiam się, czy faktycznie wszystko za sobą zostawiłam. Kiedy już stoję przed publicznością, wszystko znika. I tej tremy jest coraz mniej. Może jak skończę 80 lat w ogóle nie będę jej miała (śmiech)? Żartuję oczywiście.

Pomyliła się Pani kiedyś?
Wielokrotnie. Układam wtedy swoje teksty, nawet rymuję. Nie śpiewam bezmyślnie. Kiedyś zdarzył mi się taki czeski błąd, śpiewałam piosenkę „Czas nas uczy pogody”, którą wykonuję przecież od 50 lat. Proszę sobie wyobrazić, że zaśpiewałam „a innym razem kosy lasił”, zamiast „lasy kosił”. Kiedy to usłyszałam, zaczęłam się tak śmiać, że aż się popłakałam. Śmiał się menadżer, śmiała się publiczność.

Co Pani czuje kiedy publiczność, tak jak dziś, bije brawo na stojąco?
Nie wiem, jak się zachować.

Naprawdę, po tylu latach?
Tak. To jest takie polskie, że my do końca nie wierzymy w siebie, w to, że ładnie wyglądamy, potrafimy coś dobrze zrobić, zaśpiewać. I gdybym była sama na scenie, pewnie umarłabym ze strachu. A tak, całym zespołem pracujemy na oklaski, bisy i wszyscy razem kłaniamy się publiczności.

Dlatego chowa się Pani między muzykami?
Tak, zawsze ładuję się do środka.

Pięćdziesiąt lat na scenie to kawał życia.
Mój syn mówi: mamo, ty jesteś starsza na scenie niż ja mam lat (śmiech). Kiedyś trafiłam do garderoby z jedną aktorką. Malowała się tanimi kosmetykami, bo tylko takie były. Przyglądałam się jej. Zresztą nie tylko ja, było tam jeszcze kilka innych, młodych kobiet. W pewnym momencie spojrzała na nas i powiedziała: współczuję wam, bo musicie o coś się starać, o coś zabiegać, musicie się mężczyznom podobać. A ja już niczego nie muszę. Życzę wam, żebyście doszły do takiego momentu. I wie Pani co? Młody człowiek nie boi się niczego, ale boi się siebie. Człowiek w moim wieku nie boi się już siebie, bo może być sobą, niczego już nie musi, a przede wszystkim nie musi się bać. Pewnie dlatego godnie przeżyłam pandemię, bo już nic nie muszę. Niczego mi nie szkoda. To najpiękniejszy moment w życiu. Życzę go każdemu.

Czego się Pani boi?
Nie boję się śmierci, bo jedną nogą byłam już na tamtym świecie.

Ale odesłali Panią z powrotem.
Kazali wracać, to wróciłam. Boję się o swoich najbliższych, bo chciałabym, żeby doszli do takiego momentu, do jakiego ja doszłam.

Myślała Pani o zakończeniu kariery?
Może to śmiesznie zabrzmi, ale ja nigdy tej kariery nie zaczęłam. Nie dostawałam wielkich nagród, nie byłam ani razu artystką roku, nie wydałam płyty roku, nie stałam na ściankach. Dlatego nie czuję, żebym robiła karierę. Ja sobie śpiewam z fantastyczną kapelą Ajagore i doskonale się bawię. Nigdy zresztą nie myślałam o robieniu kariery, o milionach na koncie i byciu sławną. Robiłam i robię to, co kocham. Dlatego dzisiaj nie mam czego kończyć (śmiech).

Czym jest dla Pani muzyka?
Terapią. Nie potrzebuję psychologów, lekarstw, bo mogę wyśpiewać wszystko, co mnie boli, cieszy. Ci, którzy mi piszą teksty, znają mnie doskonale i piszą to, co myślę i czuję w danym momencie. Nie zaśpiewałam żadnej piosenki, której nie przeżyłam, chociaż czasami udaję koleżankę, że niby to nie moje doświadczenia. A tak naprawdę to jest moja historia.

Śpiewa Pani „To, co nas czyni ludźmi, to nie strój…”.
Nieważne co mamy, czym się otaczamy. Ważne jest to, co dajemy, jacy jesteśmy na co dzień, jakie mamy wartości. I kiedy przychodzi starość, ważne jest, co widzimy w lustrze, a nie to, co wisi w szafie.

Już za chwilę pojawi się Pani nowa płyta.
To jest taka trochę nowa i stara płyta. Będzie to zbiór piosenek, które napisałam przez ostatnich 40 lat, a które w swojej warstwie tekstowej nie straciły niczego, wręcz zyskały. Okazuje się, że nic się nie zmieniło i te teksty, niestety, idealnie pasują znowu do obecnych czasów. Cały czas tkwimy w baloniku, który jeszcze nie pękł. Czekam jednak na to pęknięcie, ponieważ my, starzy ludzie, pożyjemy niedługo, więc nareszcie chcemy sobie pożyć. Taki „Zakład dla normalnych” jest idealną kryjówką. Ta płyta mnie bardzo cieszy, bo wybraliśmy na nią numery, które były ważne z jakichś powodów i się nie zestarzały. A teraz będzie je można usłyszeć w zupełnie nowych aranżacjach. Te piosenki były ważne, bo były początkiem ważnych etapów w życiu. I teraz do nich wracamy.