Organizator:

Wyścigi to emocje

13.04.2021 13:39:26

Podziel się

Spotykamy się w Poznaniu, pomiędzy Jego jednym a drugim spotkaniem. Dominik Nowacki uśmiecha się serdecznie i zaprasza na kawę otwierając laptopa. – Mów, ja słucham, tylko wyślę jedną umowę – mówi. Kiedy zaczynał swoją pracę na Międzynarodowych Targach Poznańskich, nie wiedział, że po 23 latach los da mu szansę pokierować największym torem wyścigów konnych w Polsce – warszawskim Torem Służewiec. Podkreśla, że gdyby nie zespół pasjonatów, nigdy nie zbudowałby Cavaliady, za którą w Poznaniu był odpowiedzialny aż 10 lat i nie zaszedłby tak daleko. – Kapitałem każdej firmy są ludzie i bez nich nic się nie udaje – wyjaśnia. – I chociaż Warszawa jest miastem niekończących się możliwości, to Poznań zawsze pozostanie moim domem.

na zdjęciu z lewej strony: Dominik Nowacki

ROZMAWIA: Joanna Małecka
ZDJĘCIA: Tor Wyścigów Konnych Służewiec 

Masz czas na spotkania i wywiady?

Dominik Nowacki: Mam całe dnie na spotkania! Mój dzień w pracy polega głównie na spotykaniu się z ludźmi, rozmowach, negocjacjach. Dopiero wieczorami mogę usiąść do formalności. Jednak nie narzekam. Lubię otaczać się ludźmi, a te wszystkie spotkania są niezwykle cenne i kształcące.

Jak często jesteś w swoim domu pod Poznaniem?

Poza sezonem wyścigowym jestem w domu w każdy weekend, a w trakcie – różnie to bywa, ale staram się przyjechać chociażby na jeden dzień w tygodniu. Zawsze też zjawiam się w Poznaniu na każde urodziny, imieniny czy inne ważne okoliczności związane z rodziną lub przyjaciółmi, nawet jeżeli to oznacza wyjazd zaraz po pracy i powrót kolejnego dnia wczesnym rankiem. Tu jest i zawsze będzie mój dom. Jestem mężem i ojcem, a dopiero w drugiej kolejności dyrektorem Toru Służewiec. Poza tym, z Warszawy do Poznania wcale nie jest tak daleko, a w samochodzie mam zestaw głośnomówiący i zdziwiłabyś się, ile ważnych rzeczy można załatwić w trasie.

Wiem coś na ten temat (śmiech). Jak to jest przenieść się z Poznania do Warszawy?

Jest to na pewno jakieś wyzwanie. Pewnie to, że jestem lokalnym patriotą i wiernym kibicem Lecha Poznań niezbyt mi pomaga. Postawiono przede mną wyzwanie, przyjąłem je i teraz interesuje mnie tylko to, co jest tu i teraz. Warszawa jest miastem niekończących się możliwości, wszystko jest na wyciągnięcie ręki i to na pewno ułatwia wiele spraw, ale i sprawia, że żyje się dużo szybciej.

Jak odnalazłeś się w nowym miejscu, jak przyjął Cię zespół?

Początki nigdy nie są łatwe, zarówno dla zespołu, jak i dyrektora. Wydaje mi się to zupełnie naturalne. Obustronne zaufanie buduje się z czasem i pewnych procesów nie da się przyspieszyć. Ja jednak całe życie powtarzam, że mam ogromne szczęście do ludzi. Mam wrażenie, że nasz zespół na Służewcu cały czas rośnie w siłę i tworzymy już świetną grupę, która ma te same cele i marzenia.
Uważam, że od początku dobrze się odnajdywałem, bo raczej nie stronię od wyzwań i jak je podejmuję, to nie odwracam się za siebie, ale nie ukrywam też, że bardzo wspierający okazał się Zarząd Totalizatora Sportowego. Od początku patrzymy w tym samym kierunku, mogę zawsze liczyć na wsparcie. Myślę, że to poczucie, że jako firma wszyscy gramy do jednej bramki, jest ogromną siłą tej spółki.

Lubisz Tor Wyścigów Konnych Służewiec, którego jesteś dyrektorem?

Mam takie marzenie, żeby jak najwięcej ludzi mogło zobaczyć, jak niesamowite jest to miejsce. Wiesz, Tor Służewiec ma taką swoją wyjątkową atmosferę związaną z emocjami wyścigowymi, grą, zabawą. Koniecznie trzeba przyjechać w dzień wyścigowy, żeby to poczuć, nie umiem tego wytłumaczyć. Poza tym, jest ta cała część, która jest mniej dostępna, mianowicie teren stajenny, który na co dzień tętni życiem. Budzi się jeszcze przed świtem i to tam odbywa się wszystko to, czego efekty może oglądać publiczność w weekendy. Kilkaset koni codziennie wychodzi na trening, niemal w centrum Warszawy, czy to nie jest wyjątkowe?

Jest. Mam nadzieję, że kiedyś będę mogła to zobaczyć.

Jak tylko wrócimy do normalności – serdecznie zapraszam. Wiesz co? Lubię też Tor Służewiec za to, jaki ma ogromny potencjał. To miejsce w przeszłości nadawało miastu rytm życia i ja wierzę, że te czasy mogą wrócić. Wymaga to na pewno lat pracy i nakładów finansowych, ponieważ historia była mało życzliwa dla tego miejsca. Tor Służewiec, o którym ja marzę, to miejsce pełne ludzi, emocji, energii, radości, takie, w którym się chce, czy nawet wypada bywać. Nie tylko od święta, ale na co dzień. To miejsce zasługuje, by znowu zaświeciło nad nim słońce.

Jak to jest kierować największym torem wyścigów konnych w Polsce z taką renomą?

Jest to duża odpowiedzialność, ale nie chodzi raczej o samo miejsce, tylko o ludzi i o wyścigi konne. To jest miejsce, gdzie większość środowiska wyścigowego się wychowała i duża część z nich poświęciła swoje całe życie dla pasji. Z drugiej strony jest to miejsce historyczne, objęte nadzorem konserwatora zabytków, ma ogromną wartość dla Warszawiaków. Co więcej, nie wystarczy tutaj spokojnie cieszyć się status quo i reagować tylko na bieżące problemy, ale Tor Służewiec musi zacząć ponownie tętnić życiem dla Warszawy, wyścigów konnych i polskiej hodowli. Tego nie da się zrobić ot tak, jak wielu by chciało. Wymaga to ogromu pracy i… czasu. Ponadto mam świadomość, jak silną rolę stymulującą dla branży wyścigowej ma to miejsce i jak duży obowiązek spoczywa na nas w temacie odbudowy wizerunku i popularyzacji wyścigów konnych w Polsce.

Przedtem, przez 23 lata, pracowałeś na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Kiedy odchodziłeś do Warszawy na swoim Facebooku napisałeś: „praca w MTP, w rodzinie ludzi, którzy dzielą podobny system wartości, którzy nie szczędzą nigdy czasu i sił w realizowanych projektach, myślą MY, a nie JA, praca przy tak wielu ważnych dla Polski projektach… ta praca była tyle samo niesamowitą przygodą, szansą do rozwoju, ale przede wszystkim to był dla mnie zaszczyt. MTP mnie ukształtowało, a to doświadczenie niosę dalej w życie…”. Jak wspominasz ten czas?

Nadal podtrzymuję to wszystko, co wtedy napisałem. Dominika Nowackiego zawodowo ukształtowały Międzynarodowe Targi Poznańskie. Zaczynałem w magazynie, potem awansowałem na kierownika Wydziału Gospodarowania Obiektami, dalej zostałem kierownikiem Wydziału Gastronomii i Eventów, a ostatecznie pracowałem jako dyrektor Cavaliady. Jestem dumny ze wszystkich tych wydarzeń, które razem tworzyliśmy, a które początkowo wydawały się nam niemożliwe do realizacji. Wszystko okazywało się w efekcie wykonalne dlatego, że MTP to ludzie. Jakbym miał wybrać najważniejszą rzecz, której nauczyłem się na targach, to właśnie kultura pacy w teamie. Zawsze wyznawałem zasadę „pierwszy pośród równych”, dopuszczałem zawsze dialog w zespole. Często współpracownik siłą argumentów potrafił zmienić moje decyzje, zresztą te spory wielokrotnie okazywały się bardzo twórcze i wartościowe. W zespole każdy ma swoją rolę, a każda z nich jest tak samo ważna dla powodzenia projektu. I nie koloryzuję tutaj, nie wyolbrzymiam. Bez teamu nie da się zrobić eventu, w pojedynkę żaden leader nic nie zdziała. Różne charaktery, opinie i kompetencje to bogactwo, które wnoszą różni ludzie i które jest dla mnie przepisem na sukces.

Byłeś dyrektorem Cavaliady, imprezy, którą znają wszyscy w Polsce. Prowadziłeś ją 10 lat. Kiedy zaczynałeś, Twoja wiedza na temat koni nie była powalająca. Mylę się?

Masz rację, jednak jeżeli spojrzymy szerzej, to Cavaliada nie jest tu wyjątkiem. Większość wydarzeń na targach nie jest organizowana przez specjalistów w danych branżach. Nie jest to przeszkodą dlatego, że od początku w naszej pracy wygrywał ten, kto potrafił czytać rynek, zrozumieć potrzeby danej branży i na nie odpowiedzieć. Trzeba umieć słuchać i reagować. Ludzie wewnątrz każdego środowiska mają też różnorodne spostrzeżenia, widzenie, opinie. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że bycie taką niezapisaną księgą powoduje, że ma się szersze spektrum możliwości. Ma się świeże spojrzenie, można wysłuchać każdej strony i nie mieć uprzedzeń. W tej branży wygrywa ten, kto potrafi słuchanie przełożyć na właściwe decyzje, kto stworzy event wychodzący naprzeciw potrzebom określonej branży. Ktoś powie, że to frazesy, ale tak właśnie jest. To oczywiście nie udałoby się w przypadku Cavaliady, gdybym nie miał w zespole kilku osób kochających i rozumiejących jeździectwo. Być może moją siłą była pasja do sportu, marzenia o wielkich rzeczach, być może zrozumienie potrzeby sportowca, który chce być na ustach kibiców… Cavaliada miała być wielka i prezentować wielkich polskich sportowców jako inspiracje dla setek młodych adeptów. Chyba udało się zbudować taką maszynę, która inspiruje i tworzy nową jeździecką rzeczywistość w Polsce.

Kto Cię wspierał i pomagał?

Tak jak już wcześniej wspomniałem, mam szczęście do ludzi i wielu z nich naprawdę bardzo mi pomagało, ale tu nigdy nie chodziło o mnie. Byliśmy zawsze zespołem i chcieliśmy tego samego. Na pewno taką osobą był prezes Tomasz Kobierski, z którym od początku dzieliliśmy marzenia o tym, jaka ma być Cavaliada. Prowadziliśmy ciągły dialog, dyskusje, które były kluczem do rozwoju tego projektu. Ze strony jeździectwa swoją nieocenioną wiedzę wnosili zawsze Henryk Święcicki i Szymon Tarant. Oni pewnie setki razy obronili mnie przed różnymi błędami. Ja byłem tylko na froncie projektu, którzy tworzyli ludzie. My działaliśmy wspólnie, żeby stworzyć coś, na czym nam wszystkim bardzo zależało. Jakbyś rozmawiała z każdym z osobna, to nikt nie powie „to jest MÓJ projekt”, to zawsze było NASZE.

Często mówisz o partnerach zawodów i zawodnikach „przyjaciele”. Przyjaźnicie się?

Pewnie moglibyśmy dyskutować nad definicją przyjaźni, ale jeżeli mamy na myśli to, że zawsze możemy na sobie polegać, to tak, przyjaźnimy się. Środowisko jeździeckie obdarzyło nas dużym zaufaniem, ale nasze początki nie zawsze były usłane różami. Często wystawialiśmy nasze relacje na próbę i pewnie dlatego są one teraz takie silne. Dzisiaj jeździectwo jest w zupełnie innym miejscu niż 10 lat temu, ale to właśnie dlatego, że środowisko wierzyło, że chcemy zrobić coś dobrego i mogliśmy zawsze liczyć na siebie wzajemnie. Myślę, że warto podkreślić, że zawsze mogłem liczyć na wsparcie nie tylko tych wszystkich znanych osób z jeździectwa, mam na myśli zawodników, ale odnajdywałem także życzliwość wśród tych, którzy reprezentowali biznes rozwijający się w branży konnej. To z perspektywy czasu jawi się nierealnie. Być może moje doświadczenie potwierdza, że świat jest pełen dobrych ludzi, którzy marzą i te marzenia starają się razem realizować. MTP dało impuls, oddało swego rodzaju platformę, a adresaci tego projektu podchwycili ochoczo temat i razem z nami nakręcili super dzieło, które teraz rozpycha na prawo i lewo miłość do koni.

Kiedy wrócisz do Poznania?

W najbliższy piątek… I każdy kolejny!