Organizator:

Wyśpiewuję marzenia

13.07.2020 10:00:00

Podziel się

Justyna „Ina” Krówczyńska zaprasza mnie do swojego domu i częstuje koktajlem truskawkowym. Z Jej twarzy nie znika uśmiech. Mówi, że to jest Jej miejsce na Ziemi, że odkąd została mamą, sama nie wie, co jest dla Niej większym spełnieniem – macierzyństwo czy muzyka. Jest absolwentką Studium Piosenkarskiego im. Czesława Niemena w Poznaniu, uczestniczką programów telewizyjnych – Idol, Bitwa na Głosy, współpracuje z wieloma muzykami, m.in. z Sylwią Grzeszczak i Liberem. Na swoim koncie ma także własne produkcje jak „Alone”, ale kiedy usłyszałam Jej interpretację utworu „Use somebody” (Kings of Leon) – na zawsze skradła moje serce. Niezwykle ciepła, uczciwa, szczera. Codziennie wyśpiewuje swoje marzenia dwóm mężczyznom – miłościom Jej życia. Właśnie pracuje nad nowym singlem – tym razem w języku polskim – zapraszając do swojego świata.

ROZMAWIA: Joanna Małecka
ZDJĘCIA: Artur Szczegóła

Co robi artysta, kiedy nie może występować?

Czeka. I oddaje się rodzinie. Wiesz co, ja tak do końca nie wiem, co mnie bardziej spełnia: czy praca zawodowa, czy prowadzenie domu i dbanie o rodzinę. I rzeczywiście w ostatnim czasie skupiłam się głównie na rodzinie, na wyciszeniu i nabraniu dystansu do ludzi i życia.

Czyli okres kwarantanny był Ci potrzebny?

Nie wiem, czy był potrzebny, bo tęsknię za sceną. Na pewno dał mi czas dla rodziny, a to jest sytuacja bezcenna. Momenty, które nie wrócą. Nie musiałam się jakoś specjalnie wyciszać, bo już wcześniej, zanim zamknięto nas w domach, odnalazłam swój balans. Nie było to łatwe, ale napawa mnie dumą.

I system opieki nad Twoim synem – Kubą, bo przecież jeździł z Tobą na koncerty.

Miesiąc po porodzie już był ze mną w trasie. Mój brat czasem współdzieli obowiązki managerskie z moim mężem i kiedy my z Janem staliśmy na scenie grając koncert, to On, w garderobie, opiekował się Kubą. Z ogromnym sentymentem wspominam ten czas, bo zawsze organizatorzy dbali o to, żebym miała specjale pomieszczenie przystosowane dla dziecka, co było dla mnie bardzo ważne. W pierwszym roku Jego życia zjechaliśmy razem tysiące kilometrów. Nie wyobrażałam sobie wówczas zostawić takiego malutkiego człowieczka na kilka dni z kimkolwiek, choć nie brakuje w mojej rodzinie super babć i cioć.

Tęsknisz za publicznością?

Bardzo. To jest uczucie nie do opisania, bo koncerty to moje baterie, które same się ładują. Powietrze. Oddycham kiedy śpiewam. Jedno spotkanie z publicznością potrafi naładować na dwa, trzy tygodnie. Uwielbiam kontakt z ludźmi nie tylko w trakcie występu, ale także po. Uwielbiam scenę, kocham ludzi. Tęsknię. 

Gdybyś miała wyobrazić sobie pierwszy koncert po tak długiej przerwie, jakby on wyglądał?

Chyba widzę go w kameralnym gronie, nawet nie na wielkiej scenie. Magia małych koncertów polega na tym, że łatwiej stworzyć intymną atmosferę z ludźmi i chyba potrzebuję teraz takiej właśnie relacji. Lubię, zaraz po wejściu na scenę, skracać dystans między sobą a ludźmi, to jest dla mnie bardzo ważne. Nigdy nie czułam się lepsza, nie rozumiem podejścia artystów, którzy traktują publikę z góry, a niestety czasem obserwuję takie zachowania.

I to pozwala na zbudowanie relacji pomiędzy artystą a widzem.

Artystę poznaje się podczas śpiewania. Jednak takim idealnym uzupełnieniem, bez którego nie wyobrażam sobie koncertu, są te momenty pomiędzy. Dla wielu osób właśnie to jest najważniejsze. Kontakt z ludźmi, poznawanie ich, rozmowy – to są dla mnie chwile wyjątkowe i zapamiętuję je na dłuuuugo.

Dlaczego śpiewasz?

Dobre pytanie. Bo tak czuję i zawsze wiedziałam, że zrobię wszystko, aby śpiewanie stało się moim zawodem. Kiedy byłam mała, biegałam po domu z dezodorantem marki „Fa”, do którego się darłam (śmiech). Każdy koncert połączony był z pokazem mody. Szał! Rodzina miała darmowy kabaret podczas odwiedzin u nas. Teraz czekam aż Kuba zacznie swoje przedstawienia!

Zawsze czułam, że chcę być albo policjantką albo piosenkarką. I trochę na przekór tradycjom rodzinnym, gdzie królują umysły ścisłe, poszłam pod prąd i naprawdę musiałam dużo pracy włożyć w to, żeby przekonać ich oraz siebie, że to może być mój zawód.

I sposób na życie.

Dokładnie. Poza tym mój system pracy na początku był niezrozumiały dla większości mojej rodziny. Nie jeździłam przecież do pracy, w której spędzałam w biurze osiem godzin, tylko pracowałam w weekendy, wieczorami. Często wychodzę z domu w piątek o ósmej rano, a wracam o 3 w nocy w poniedziałek.

Ale Twoja praca to nie tylko koncerty.

Nie… Udzielam również głosu w reklamach telewizyjnych, radiowych oraz Internetowych. Często nagrywam chórki dla różnych artystów, pomagam im w przygotowaniu się do wydania własnych kompozycji. Mam na swoim koncie też kilka jingli dla rozgłośni radiowych oraz krótki epizod pedagogiczny. Najwięcej czasu zajmuje jednak przygotowanie się do występu, skompletowanie zespołu, zgranie się, zbudowanie relacji z ludźmi, próby, dobór repertuaru, stylizacji. Nie wystarczy po prostu zagrać czy zaśpiewać i iść do domu. To nie jest dziedzina, w której coś można zamarkować, bo odbiorca w sekundę wyczuje takie, myślę, połowiczne podejście do tematu. Jeśli masz fajną relację z ludźmi i każdy chce iść w tym samym kierunku. to to jest to. To więcej niż połowa sukcesu i można konie kraść z taką ekipą na scenie.

Jaką piosenkę zaśpiewałaś jako pierwszą?

Kiedy mój nauczyciel muzyki w szkole przygarnął mnie pod swoje skrzydła i uznał, że będzie mnie prowadził, to pierwszymi piosenkami, jakie wzięłam na warsztat były „Orła cień” i „Czarny Alibaba” – tę zaproponował mi mój nauczyciel. Miałam do tego utworu ogromny dystans. Dopiero kilka lat temu, kiedy zaczęłam zgłębiać twórczość Andrzeja Zauchy, naprawdę go doceniłam.

Czyli do wszystkiego trzeba dojrzeć.

(śmiech) Do jazzu jeszcze nie dojrzałam. Jakoś nie czuję tej muzyki, chociaż podziwiam jazzmanów za ogromny warsztat, wirtuozerię i kunszt wykonawczy. To nie są łatwe sprawy!

Może kiedyś syn zacznie się zagłębiać w ten gatunek. Kto wie, może wówczas się przełamię (śmiech).

Jak zareagowała Twoja rodzina, kiedy dowiedziała się, że wybrałaś śpiewanie?

Przez wiele lat moja rodzina nie brała pod uwagę, że śpiewanie może być moim zawodem i że będę mogła z tego żyć i utrzymać rodzinę. Wiesz, moja mama jest naukowcem. Wspierała mnie w pewnych decyzjach, ale z pewnością kosztowało Ją wiele wyrzeczeń, kiedy musiała sobie czegoś odmówić, żebym mogła pojechać na festiwal. Chyba musiałabyś Ją zapytać, co wtedy myślała. Może czekała, aż mi przejdzie i wrócę na „właściwe”, Jej znane tory, nie wiem. Dla mnie muzyka zawsze była ważna w życiu i zawsze była formą ucieczki od codzienności. I to pozwoliło mi przetrwać trudne momenty, których od czasów dzieciństwa niestety nie brakowało.

Popatrz. Wyłamałaś się z rodzinnego stereotypu i dziś śpiewasz. Masz męża muzyka i tworzycie zupełnie inny świat niż obraz Twojego domu rodzinnego. To wymaga wielkiej odwagi.

Dziękuję Ci bardzo, chociaż ja po prostu robiłam to, co czułam w danym momencie. Wiedziałam, że muzyka mnie uszczęśliwia. Zresztą wielokrotnie uciekałam od problemów właśnie w śpiewanie. Wychowywała mnie tylko mama i dziś najważniejsze dla mnie jest to, że ja mam pełną rodzinę. Właśnie to jest mój największy sukces – wspaniały mąż i zdrowe cudowne dziecko, które jest więcej niż spełnieniem marzeń. Mam wszystko! Prowadzimy otwarty, ciepły dom, gdzie od rana do wieczora jest cała masa rozmów, śpiewania, uśmiechu i jedzenia, nawet (albo i szczególnie) dla niezapowiedzianych gości. Kocham gotować i być panią domu.

I masz to szczęście, że możecie być razem i w domu, i w pracy.

Czasami się rozłączamy z mężem, bo przecież nie można wszystkiego razem robić (śmiech). Zauważyłam też, że im jesteśmy starsi, tym chętniej ze sobą współpracujemy. Na początku każdy miał swoje projekty, zespoły i współpraca zdarzała się sporadycznie. Zresztą mój mąż to nieoceniony człowiek, wielki talent. Bardzo mnie wspiera i we mnie wierzy, a ta wiara jest niezwykle istotna w życiu. Druga taką ostoją jest dla mnie mój brat, który traktuje nasz dom jak swój. Często spędza u nas weekendy, nawet ma tutaj swój pokój. To jest mój mały promyczek szczęścia. Kiedyś powiedział: „kiedy przyjeżdżam do was, czuję się, jakbym przyjeżdżał do domu rodzinnego”. I to za każdym razem mnie wzrusza. W piątek od samego rana pichcę różne smakołyki na Jego przyjazd. Mamy cudowną relację opartą na szacunku, zrozumieniu i pięknej miłości siostrzano–braterskiej. Potrafimy ze sobą rozmawiać do rana.

Czy to jest definicja szczęścia Iny?

Tak. Ale ja do tego szczęścia musiałam dojść sama, przepracować wiele kwestii. Nie było mi ono dane na starcie. I właśnie to dzisiejsze szczęście i zdrowie dają mi ogromny spokój w życiu. Spokój, którego nie czułam nigdy wcześniej. Ja naprawdę mam wszystko. Bardzo pielęgnuję te uczucia. I może nawet je wyolbrzymiam.

Dlaczego?

Moja dewiza na 2020 rok brzmi: „zamień minus w plus”. Staram się pomniejszać złe momenty, natomiast chwile szczęścia wyolbrzymiam, żeby wyciągnąć z nich jeszcze więcej dobra i energii. I ja potem tę energię przenoszę do swojego domu. Myślę, że ta dewiza zostanie ze mną już na zawsze. Życie jest łatwiejsze, kiedy umiesz sama rozumieć i wytłumaczyć sobie pewne kwestie i przekuć coś mało pozytywnego w jakąś wartość, wyciągnąć cenną lekcję.

Czy można powiedzieć, że muzyka stała się dla Ciebie terapią?

Oj zdecydowanie. W czasach dzieciństwa była moja ucieczką, słuchając muzyki i śpiewając czułam się bezpiecznie. Ukształtowała mnie muzyka i wspaniali ludzie, których spotykam do dzisiaj na swojej drodze. Zawsze miałam szczęście do ludzi, często dużo starszych od siebie. Inspirowali mnie przez całe życie.

Ludzie Cię ukształtowali?

Ludzie, sytuacje. Szczególnie mój mąż, przy którym bardzo poznałam siebie. Zresztą nie wiem, czy pamiętasz, jak się poznaliśmy. Mój mąż od dziecka miał taki plan, że chce poznać swoją żonę w szkole i będzie miała ona imię na literę „J”. Był wielkim kolekcjonerem krów pod każda postacią. Dodam tylko, że moje nazwisko panieńskie to Krówczyńska i ja też, podobnie jak Jan, uwielbiałam krowy i wszystko co z nimi związane. Poznaliśmy się w dniu dyplomu w studiu piosenkarskim. Mąż grał w zespole mojego kolegi z roku. Pamiętam, że kiedy go zobaczyłam po raz pierwszy, powiedziałam do mamy, że to będzie mój mąż. Zapytała mnie czy fajny chłopak. Odpowiedziałam, że nie wiem, bo nie zamieniłam z nim słowa. Ale ja już wtedy wiedziałam, że to jest to. I tak mamy za sobą już 1/3 życia razem. Ponad 12 pięknych lat! I wprowadziliśmy w naszej rodzinie tradycję imion na „J”. To będzie super opowiedzieć wnukom tę historię.

Kiedy zagrałaś pierwszy koncert?

Te domowe już pewnie od 2–3 roku życia. A pierwszy profesjonalny na dużej scenie – jeszcze będąc w gimnazjum. Pamiętam, że był to występ z okazji dni miasta. Mój nauczyciel nie powiedział mi, że jest jakiekolwiek wynagrodzenie za ten „koncert” i za zarobione przeze mnie pieniądze, kupił mi telefon komórkowy. Byłam pierwszą osobą w szkole, która miała komórkę. Śpiewałam oczywiście „Orła cień” i „Alibabę” (śmiech). Przez pierwszy miesiąc spałam z telefonem pod poduszką, nie mogłam uwierzyć w to, że sama na niego zarobiłam!

Czy to był Twój cały repertuar?

Nieeee! Porwałam się też na Czesława Niemena i piosenkę pt. „Dziwny jest ten świat”. Wtedy jeszcze nie wiedziałam z jak potężnym artystą się mierzę. Uwielbiałam śpiewać Urszulę Sipińską, Varius Manx, Perfect, Marylę Rodowicz, Beatę Kozidrak – czyli repertuar znany mi z radia.

Jak Twoja kariera potem się rozwijała?

Dużo ćwiczyłam, koncertowałam. Rozwijałam tę pasje, brałam udział w warsztatach, śpiewałam w chórkach wielu znakomitych artystów, mi.in. u Sylwii Grzeszczak, gdzie trafiłam z polecenia. Byłam w domu gościem. Dziś możecie usłyszeć mnie często w duecie z naszym poznańskim raperem – Liberem.

Grałaś na weselach?

Owszem i powiem szczerze, że patrząc na tamte czasy, dziś jeszcze bardziej doceniam miejsce, w którym jestem i to, co osiągnęłam. To była bardzo ciężka praca, ale i niezwykle rozwijająca. Skok na głęboką wodę. Zdarzało się, że o 6 rano kończyłam event dla kilkudziesięciu osób, podczas którego sama byłam sobie sterem, żeglarzem i okrętem, a dwie godziny później miałam pociąg do Opola na festiwal, gdzie przed występem w TV pracował nade mną potężny sztab ludzi.

Przeszłam chyba przez każdy etap w moim zawodzie i bardzo sobie tę drogę cenię.

Podobną przechodzili np. moi znajomi chcący przejąć biznes gastronomiczny od swoich rodziców – zaczynali na zmywaku, dziś są właścicielami restauracji.

Ja też dziś zarządzam swoim zawodem samodzielnie i decyduję, jakich współpracy się podejmę. Potrafię wybrać ludzi, z którymi wystąpię podczas danego koncertu, ustalić terminy prób, wybrać repertuar, zaprojektować plakat, prowadzić rozmowy z organizatorami, techniką, promować koncert w mediach, prowadzić swoje profile fanpage na Facebooku i Instagramie, znaleźć odpowiednią stylizację. A kiedy nie mam możliwości zaangażowania sztabu beauty – uczeszę się sama i pomaluję. Gdyby nie każdy szczebel machiny, który przeszłam, nie posiadałabym takich umiejętności.

Czy śpiewając w chórkach myślałaś czasem, żeby stanąć na środku sceny i być prawdziwą solistką?

Przyznam szczerze, że nie. Stojąc na scenie spełniam swoje marzenia. Dla mnie do dziś nieważne jest, czy śpiewam na bankiecie czy festiwalu, który ma milionową widownię. Najważniejsze jest po prostu to, że śpiewam i mogę z tego żyć. Żaden wyścig i porównania nie mieszczą się w ramach mojego charakteru. A publiczność zasiadająca na widowni w studiu telewizji, to przecież tacy sami ludzie, którzy za miesiąc czy rok angażują mnie na koncert w swojej firmie. Zdarzało się tak wielokrotnie.

Masz swoje ulubione gatunki muzyczne? 

Kiedyś myślałam, że rock (śmiech). Lubię pop i muzykę klubową, te klimaty są mi bardzo bliskie. Lubię DJ’ów z którymi pracuję. Elektronikę też czuję i trochę jej przemycę w najnowszym singlu w wydaniu vintage.

Czy dziś ciężko zaistnieć w świecie show biznesu?

I tak, i nie. Ciężko zaistnieć, ponieważ mamy wiele osób doskonale śpiewających, wspaniałych artystów. Konkurencja jest spora. Z drugiej strony mamy też programy muzyczne, media społecznościowe, YouTube. Można zatem ominąć wytwórnie muzyczne i zupełnie za darmo, bez ciążących kontraktów, pokazać, co komu w duszy gra.

Z pewnością w jednej i drugiej sytuacji trzeba mieć coś, co wyróżni danego człowieka z tłumu. Czasami jest to głos, a czasami osobowość. I nie można żadnej z tych cech umniejszać i tego oceniać. Jednemu leży głos, drugiemu to, jak artysta wygląda.

Za co lubi Cię publiczność?

Hmmm. Wiesz co, często spotykam się z ludźmi, którzy po koncertach pytają, czy mogą się przytulić. I to jest niezwykle wzruszające. I takie szczere. I ja bym wtedy mogła po pół godziny tulić każdego (śmiech).

Bo Ty jesteś szczera. Wiesz, że o takich ludzi już coraz trudniej?

Ja mam chyba starą duszę, wiesz? Poza tym bardzo ukształtowały mnie doświadczenia. Tak, to jest to.

Dlaczego nie bierzesz udziału w programach telewizyjnych?

Brałam udział w Idolu i dość mocno speszyło mnie to, co tam się działo. Pochodzę z małego miasteczka, udział w programie był dla mnie wówczas wielkim wydarzeniem. Może mnie trochę przerósł? Chyba nie byłam gotowa na taka produkcję. Potem trafiłam do Bitwy na głosy, gdzie już byłam świadoma tego, jak pracuje się z kamerami, światłem, stylistkami, fryzjerami, makijażystami. Chyba zabrakło mi odwagi, żeby dalej startować gdzieś indywidualnie. Wiesz, taki program to ocena. Masz maksymalnie trzy minuty na zaprezentowanie siebie. Czy zdążysz pokazać swoją duszę i emocje? Czy stres nie sparaliżuje cię na tyle, że zaśpiewasz, ale nie pokażesz tego, co masz w środku?

No właśnie.

Mnie zjadał stres i pewnie dlatego nie zdecydowałam się na udział w programie solo. Prezentowałam wówczas 40–50% swoich możliwości. Czułam niedosyt. Głos to żywy instrument, chwila zawahania i po tobie. To duże obciążenie psychiczne. Zdecydowanie bardziej wolę występy przed publicznością niż przed jury.

A jak jest dzisiaj?

Dzisiaj chyba nie myślę już o żadnych programach. Współpracuję z wieloma muzykami, tworzę projekty, które dają mi satysfakcję i piękne życie. Niczego więcej nie potrzebuję. Ja żyję życiem, które sobie wymarzyłam.