Organizator:

Z tyłu sklepu w PRL-u

01.12.2020 14:19:17

Podziel się

Cała Polska z zapartym tchem śledziła, czy statek z cytrusami dotrze na czas, czy owe cytrusy trafią do sklepów i w końcu do domów. To były czasy, kiedy wszystko się zdobywało. Nie można było iść do marketu i zrobić jednych wielkich świątecznych zakupów. Polowania rozpoczynały się już znacznie wcześniej, nawet na półtora miesiąca przed świętami. Doskonale wie o tym Marian Augustyniak, który żeby sprzedać czekoladę, musiał ją najpierw zetrzeć na tarce.

TEKST: Elżbieta Podolska

ZDJĘCIA: Archiwum

Bieganie po sklepach, stanie w kolejce nawet za najdrobniejszymi rzeczami. Dzisiaj wydaje się to bardzo dziwne i niesamowite, że godziny spędzało się stojąc na mrozie (tak, tak wtedy jeszcze były zimy), by dostać paczuszkę rodzynek, żelatynę, galaretkę, ciastka, cukierki, kawę... i dziesiątki innych produktów. Potem wiele z nich było na kartki, co i tak nie pomagało, bo często nie było ich w sprzedaży. Zostawał handel wymienny, gdy miało się coś na wymienianę, znajomości, kontakty i czasem układy. Dziwne czasy, ale dla wielu święta miały właśnie wtedy smak i zapach, bo cytrusy jadało się tylko w Boże Narodzenie, tak jak makowce, pierniki, bigos i wiele innych przysmaków.

Na Rynku Bernardyńskim

A jak to wyglądało z tyłu sklepu, gdzie kierownik musiał być nie tylko kupcem, ale i dyplomatą, psychologiem, logistykiem i do tego mieć jeszcze to coś, dzięki czemu mógł zarabiać mimo wszystkich obostrzeń, przepisów, zjednoczeń, rozdzielników i przeróżnych tego typu przepisów?

Marian Augustyniak można powiedzieć, że jest kupcem z dziada pradziada, a w zasadzie z prababki. Handel i gastronomia nie mają dla Niego tajemnic, szczególnie, że handlował już jako młodzieniec, pomagając rodzinie, która miała stragan na Rynku Bernardyńskim.

– To była prawdziwa szkoła życia – opowiada. – Jednego dnia sprzedawaliśmy np. 3 tysiące kalafiorów, 2 tony truskawek, 5 ton ziemniaków .  Dzisiaj to brzmi niewiarygodnie, ale wtedy tak było. Takie ilości sprzedawało się od 4.00 rano mniej więcej do 16.00. Ten towar trzeba było zorganizować, przywieźć. I co ważne, sprawdzać ceny, bo ustalał je kierownik targowiska wywieszając co rano u siebie. Nie wolno było ich zmieniać i trzeba było tego pilnować. Moja mama dostała karę, bo któregoś dnia sprzedała czereśnie o 10 groszy drożej niż było ustalone i nic nie pomogły tłumaczenia, że ceny były późno wywieszone, a czereśnie zostały z dnia poprzedniego, kiedy miały właśnie taką cenę. Ja jeździłem po towar na dworzec kolejowy, bo owoce i warzywa odbierało się z pociągu – były w ten sposób przesyłane przez rolników i sadowników. Pociągi przyjeżdżały nawet o 1 w nocy, albo jeszcze później. Trzeba też było jechać do rolników po ziemniaki, do sadowników po jabłka. Często obracało się kilka razy w ciągu dnia, żeby zwieźć cały zamówiony ładunek. To były nawet trasy po kilkaset kilometrów, np. po czereśnie pod Kłodzko. Zarabiało się dużo, ale było naprawdę ciężko. Pracowało się do grudnia, potem trzy miesiące przerwy i znowu w marcu wracało się na plac.

Sklep (pół)prywatny

Szczególnie ciężko było przed świętami. Towar trzeba było wcześniej załatwić i każdy chciał coś kupić, żeby rodzina miała frykasy: jajka, kapustę, włoszczyznę. – Rynek był moją szkołą życia. Mieszkaliśmy przy Szewskiej i nawet do domu trafiali handlarze z towarem. Nie było chłodni, trzeba było wszystko szybko sprzedać. W latach 80. prowadziłem już sklep spożywczy na rogu Garbar i Wielkiej. Sześć sprzedawczyń, klienci czekali w kolejkach nawet po kilka godzin, bo mogli u mnie dostać towary deficytowe, nawet niedostępne Bobo Fruty – mówi Marian Augustyniak. – To była istna orka na ugorze, żeby coś załatwić. Jak w skeczu Kabaretu Tey z Laskowikiem i Smoleniem „Z tyłu sklepu”. Bardzo się starałem, żeby można było u mnie kupić towary zwykle niedostępne. Oczywiście sklep nie był mój prywatny, należał do spółki producentów branży spożywczej. Wtedy wszystko podlegało pod spółdzielnie, zjednoczenia, które miały swoje  przepisy  a w tym okresie handel detaliczny działał w oparciu o … rozdzielniki i przydziały. Liczyło się wtedy zaufanie, jakim obdarzali cię dyrektorzy zakładów produkujących deficytowe towary.

Cytrusy na straganie i tarcie czekolady

Marian wspomina, kiedy pewnego razu dostał 8 ton czekolady w tabliczkach. Biorąc pod uwagę fakt, że tego produktu nigdzie nie było, radość podwójna. – Okazało się jednak, że nie mogę jej sprzedać w sklepie, bo nie mam takiego prawa. Czekolada wtedy miała trwałość od miesiąca do trzech, w zależności jak była opakowana. I co ja miałem zrobić? Miałem szczęście, bo zgadałem się z szefem Hortexu na całą Polskę, że oni potrzebują wiórki czekoladowe do deserów i nigdzie nie mogą dostać – mówi Marian Augustyniak. – Nie mogłem zostać z czekoladą w tabliczkach, za którą już zapłaciła spółka. Zamknąłem sklep i cała obsługa przez dwa dni, wszelkimi tarkami, w domu tarła czekoladę na wiórki. Niebywałe prawda? Brzmi, jak wymyślona historia. Jest czekolada, której sprzedać nie można normalnemu klientowi w sklepie. Wtedy każdy musiał być kreatywny, nie miał innego wyjścia.

Innym razem, tuż przed świętami, dostał wiadomość, że przyszedł cały pociąg cytrusów. Było tego chyba z 10 wagonów, ale dyrekcja załamywała ręce, że nie ma jak tego sprzedać, bo tak niewiele czasu zostało do Wigilii. Zdecydował się zaryzykować i wziąć do sklepu cały wagon. Nie chciał tego sprzedawać w sklepie, bo nie miałby jak handlować innymi towarami. Musiał wynająć stragan i postawić go na zewnątrz. Jedna z ekspedientek sprzedawała na nim cytrusy. – Było ciężko, ale załogę miałem taką, że każdy pracował za czterech, ale wiedział, że na końcu dostanie wypłatę o wartości 6 pensji. Każdemu się opłacało – mówi Augustyniak. – Deficytowym towarem była też wtedy mąka ziemniaczana, tak bardzo potrzebna w kuchni, szczególnie przed świętami. Załatwiłem u dyrektora zakładów w Trzemesznie, że ją dostanę do sklepu. Ponieważ jednak był to produkt strategiczny, nie mogłem go dostać w torebkach, tylko w workach. Torebki papierowe dostałem osobno. Przez wiele dni w sklepie i na zapleczu unosiły się obłoki pyłu, bo stale warzyliśmy kolejne porcje.

Sangria na wagę złota

 Już w listopadzie zaczynało się gromadzenie zapasów świątecznych: słodyczy, ale też produktów do pieczenia. Potem pozostawało zdobycie warzyw, owoców, no i oczywiście mięsa i wędlin.

W handlu było wiadomo, że nie mamy czasu biegać po sklepach, stać w kolejkach, więc odbywał się tak zwany handel wymienny. – Ja załatwiałem produkty spożywcze, słodycze, cytrusy, kawę, dobrej jakości wina a nawet jedną z pierwszych wyprodukowanych w Polsce kiełbas salami po które zjawiali się pracujący w innych sklepach, a ja odbierałem torbę z mięsem, wędlinami, telewizor

o inne artykuły codziennego użytku – wyjaśnia Marian Augustyniak. Dzisiaj brzmi to jak bajka, ale przecież wielu poznaniaków pamięta, jak stali w kolejkach do delikatesów na parterze Okrąglaka, gdzie pan Marian także był kierownikiem. – Któregoś dnia, a było to pod koniec lat osiemdziesiątych, kupiłem cały transport wina Sangria – dodaje. – Nosiliśmy je w deszczu do Okrąglaka i potem na 7 piętro, gdzie był magazyn. Okazało się, że kartony rozmokły i pospadały etykiety. Nie dało się tego sprzedawać. I co? Dostałem nowe etykiety i moja załoga zamieniła się w naklejaczy po godzinach.

Ile było takich sytuacji. Żeby dostać np. makaron od producenta, trzeba było najpierw kupić np. buty i sprzedać je firmie, która miała szklane słoiki. Następnie te słoiki sprzedać innej firmie, która produkowała dżemy, ale miała znajomości w młynie i mogli dostać mąkę. I już za tę mąkę dostarczoną do zakładu produkującego makaron, można było go dostać.

– W handlu zawsze liczył się i liczy nos – mówi pan Marian Augustyniak. – Trzeba mieć tzw. żyłkę do handlowania. Nieraz dobrze wychodziłem na moich posunięciach. Któregoś roku dostałem na jakiś czas przed świętami cytrusy, których nie miałem gdzie przechowywać. Obniżyłem cenę i szybko wszystkie sprzedałem. Dostał je także inny sklep, który utrzymał cenę, ale musiał się napocić  znacznie więcej, bo sprzedaż nie szła tak szybko.

Teraz w sklepach jest wszystko. Nie trzeba stać w kolejkach, chyba że do kasy. Można wszystko zamówić do domu. Nie ma już jednak tej adrenaliny, którą mieli nasi rodzice i dziadkowie. Nie ma już tropicieli, poszukiwaczy, zdobywców. Jedno łączyć powinno pokolenia: pachnąca  i błyszcząca choinka i stół z przysmakami kochanymi przez cała zgromadzoną przy nim rodzinę.