Organizator:

Życie po frankach

01.03.2021 13:05:47

Podziel się

Beata Komarnicka-Nowak i dr Mariusz Korpalski 15 lat temu podjęli decyzję, że otworzą kancelarię prawną. Już na początku swojej zawodowej drogi wiedzieli, że lubią podejmować się rozwiązywania trudnych spraw. To oni, jako jedni z pierwszych w kraju, przyjmowali klientów, którzy czuli się oszukiwani przez banki. Kryzysowe sytuacje przekuwają w sukces. Jak sami przyznają, osiągnęli go dzięki ludziom, z którymi pracują. Ich ludzkie podejście do problemów sprawia, że klienci zostają z nimi, bo czują się bezpiecznie.

Rozmawia: Klaudyna Bogurska-Matys
Zdjęcia:
Sławomir Brandt

„Opcje, franki i banki” – ten tytuł Państwa książki, to tak naprawdę podsumowanie, czym zajmujecie się od lat i z czego słyniecie. Nie tylko w Poznaniu, ale w całej Polsce.

Dr Mariusz Korpalski, radca prawny: Ludzie nas kojarzą z procesami frankowymi, ale nasza geneza sięga dalej. Od samego początku pracujemy dla szeroko rozumianego biznesu. Procesy z instytucjami finansowymi – z bankami – pojawiły się ponad 10 lat temu, kiedy pierwsi klienci przyszli do nas z tymi problemami. To okazało się naszym największym zawodowym wyzwaniem.

Jak to się wszystko zaczęło? Skąd pomysł na stworzenie kancelarii?

MK: Z Beatą poznaliśmy się na aplikacji radcowskiej i od samego początku chcieliśmy coś stworzyć razem. Zanim do tego doszło, pracowaliśmy w międzynarodowej firmie prawniczej. Nowe doświadczenia zawodowe tylko nas zmobilizowały do działania w tym kierunku (śmiech).

Rozumiem.

MK: Mieliśmy własną wizję i chcieliśmy ją urzeczywistnić. Tak właśnie 15 lat temu w końcu mogliśmy to zrobić na naszych warunkach. Podjęliśmy decyzję, że chcemy się specjalizować w rozwiązywaniu określonych problemów, co nie zawsze jest możliwe w multidyscyplinarnym doradztwie. Mówiąc bardziej po ludzku – staliśmy się raczej butikiem niż sklepem wielkopowierzchniowym.

Wygrała wersja butikowa.

MK: Uznaliśmy, że musimy się skupić na konkretnej dziedzinie. Nie mamy w ofercie wszystkiego dla wszystkich, ale produkt, którego nigdzie indziej się nie kupi. Na przykład, doszliśmy do wniosku, że wcale nie musimy sami prowadzić doradztwa podatkowego. Przekonaliśmy się, że warto się skupić na tym, co umiemy i robimy najlepiej.

Specjaliści w określonej dziedzinie prawa.

MK: Na początku skupialiśmy się na projektach biznesowych naszych klientów. I nadal to robimy. Banki, umowy finansowe, kredyty – to przyszło dopiero po kilku latach działalności. Ten rozdział rozpoczął się w 2008 roku. Tutaj muszę od razu powiedzieć, że od samego początku czuliśmy się najlepiej w sprawach trudnych i beznadziejnych, czyli takich, których nikt inny nie chciał się podjąć.

Brzmi ambitnie.

MK: I tak jest (śmiech). Po wspólnym doświadczeniu takich sytuacji, klienci już z nami zostają. Po wybawieniu ich z opresji, czują się z nami bezpiecznie. Odkryliśmy, że to jest właśnie dodatkowy walor współpracy z nami – komfort psychiczny, który dajemy naszym klientom.

Wyjście ze sztormów musi Państwa zbliżać do klientów.

MK: I klientów do nas. Wspólne, trudne doświadczenia są bardzo mocnym spoiwem. Często ważyły się losy danej firmy. Zagrożony był jej dobry wizerunek. W dobie Internetu każda negatywna informacja może wywołać efekt kuli śniegowej. Dzisiaj nie można absolutnie do tego dopuścić. Konsekwencje internetowej afery mogą być gorsze niż pożar fabryki. Dosłownie. I właśnie dlatego, kiedy wyprowadzamy naszych klientów z takich sytuacji – nawiązuje się między nami specyficzna więź i dalsza współpraca. Już na spokojniejszej wodzie.

Beata Komarnicka-Nowak, radca prawny: I właśnie dlatego od samego początku chcieliśmy wyjść z roli wielkich, korporacyjnych prawników, którzy – siedząc w swoich przepięknych, szklanych biurowcach – nie widzą sedna problemu. Nie widzą człowieka. Tworząc swoją kancelarię podkreślaliśmy od samego początku, że nie chcemy o nim zapomnieć oraz o tym, że problem należy poznać i rozwiązać. Takiego ludzkiego spojrzenia na problem nauczył mnie profesor Jan Sandorski, promotor mojej pracy magisterskiej, szef Katedry Prawa Międzynarodowego Publicznego na wydziale prawa poznańskiego uniwersytetu. Profesor otworzył mi drzwi do świata prawniczego i to właśnie Jemu zawdzięczam takie podejście do problemów naszych klientów. Mariusz też to powtarza naszym młodszym kolegom i aplikantom.

Że trzeba poznać problem…

BK-N: … widziany oczami klienta. Należy skupić się na rozwiązaniu problemu danego człowieka, a nie zagadnienia prawnego. Zdarza się, że na tych piętrach nowoczesnych i wielkich kancelarii ten problem po prostu ginie. A często bywa, że nie jest on wcale skomplikowany. Wystarczy tylko chcieć po nitce dojść do kłębka i przekonać się, że istnieje dobre rozwiązanie.

MK: I czasami wcale nie prawne.

BK-N: Aby się o tym przekonać, trzeba dotrzeć do sedna sprawy. Relatywnie rzadko klient przychodzi do nas, bo chce poznać wykładnię jakiegoś przepisu. Trzeba szukać rozwiązania problemu, z którym przychodzi do nas klient.

Butikowa i ludzka kancelaria. To raczej rzadkość w tych czasach.

BK-N: Właśnie. I tak już działamy od 15 lat. Czasami się zdarza, że nasz klient – wystraszony i zmęczony psychicznie np. wieloletnim procesem – chce się skonsultować z dużą, znaną kancelarią. Absolutnie w takich sytuacjach nie oponujemy. Sami jesteśmy ciekawi, czego się dowie i czy poprawi to jego samopoczucie.

Wracają do Państwa po takich konsultacjach?

BK-N: Zawsze. Właśnie dlatego, że mamy bardzo ludzkie podejście do klienta i jego spraw. Często słyszę: „Beata, miałaś rację”. To miłe i satysfakcjonujące.

MK: Osiągnęliśmy taki poziom pewności co do tego, że swoją pracę wykonujemy dobrze, a nasze doświadczenie pozwala nam się czuć swobodnie w danej dziedzinie prawa, że nigdy na siłę nie zatrzymujemy klienta, jeśli ten chce się upewnić w innej kancelarii, czy nasze propozycje i podejście do sprawy są prawidłowe. Czasami nawet warto poszerzyć współpracę, by ułatwić podejmowanie pewnych decyzji. Nie martwimy się, że klient od nas odejdzie po takiej konsultacji. Tak się po prostu jeszcze nie zdarzyło.

Który rok był najbardziej przełomowy dla Państwa kancelarii?

MK: Tak naprawdę zaraz na początku naszej działalności. Dosłownie po kilku pierwszych latach przyszedł trudny 2008 rok. Kryzys, który bardzo dobrze wszyscy pamiętamy. Wtedy nasi klienci ograniczyli swoją działalność, a my musieliśmy wypłynąć na nowe wody.

BK-N: Od tamtego roku zmienił się biznes. To był rok, kiedy w Polsce skończył się powszechny wzrost wszystkiego. Okazało się jednak, że umieliśmy bardzo dobrze odnaleźć się w tej skomplikowanej rzeczywistości gospodarczej. To był właśnie moment, kiedy mogliśmy się odróżnić od konkurencji.

Cóż za ironia losu. Trudne czasy stały się dla Państwa najbardziej owocne i wyznaczyły dalszą ścieżkę Państwa kariery. Jak się okazuje – podążacie nią do dziś.

BK-N: Pamiętam doskonale, że przed 2008 rokiem staraliśmy się o zlecenia z banków. Paradoksalnie, na konferencji organizowanej przez jeden z poznańskich banków, poznaliśmy naszych przyszłych klientów. I wcale nie był to bank, tylko jego klienci, którzy już we wrześniu 2008 roku przyszli do nas ze swoimi problemami finansowymi.

MK: Kojarzyli nas z tego spotkania i dlatego się do nas zwrócili.

BK-N: A my przecież chcieliśmy tam zdobyć kontrakt na obsługę banku. Nie chcieli nas, to dlatego mają teraz z nami takie problemy (śmiech).

Brzmi jak scena z dobrego filmu. I dzisiaj właśnie z procesów przeciwko instytucjom finansowym jesteście najbardziej znani.

BK-N: Tak. Nasza książka pt. „Opcje, franki i banki. Spotkamy się w sądzie”, to przecież efekt naszej 10-letniej batalii sądowej, którą przez ten cały czas relacjonowaliśmy na łamach prasy.

MK: Nasza aktywność medialna związana jest z tym, że staramy się docierać do klienta na co dzień. Nawet bardziej niż przez jakieś spotkania czy seminaria. A żeby to zrobić, trzeba być w mediach. Poza tym, zależy nam, by docierać do klientów z ważnymi treściami. To nie jest tak, że na siłę chcieliśmy coś pisać i publikować w prasie. Dopiero kiedy temat był ciekawy, to chcieliśmy się nim dzielić na łamach „Gazety Prawnej” czy „Rzeczpospolitej”.

Książka miała już swoją premierę w EMPIKu. To duży sukces.

BK-N: Książka jest efektem naszej wieloletniej pracy. Na ten sukces złożyła się współpraca z wieloma ludźmi. Opatrzona jest wstępem zastępcy redaktora naczelnego Tomasza Pietrygi, który oddawał nam miejsce na łamach „Rzeczpospolitej” przez 10 lat.

Kiedyś biznes prawniczy był odcięty od świata dziennikarskiego. Dzisiaj jest inaczej.

BK-N: Odkąd prowadzimy razem kancelarię, wszystko się zmieniło w tej kwestii. Prawnicy wypowiadają się w mediach, tłumacząc otaczającą nas rzeczywistość. Kiedyś tego nie było, albo było bardzo śladowe. W ogóle obieg informacji w świecie prawniczym przyspieszył. Tempo jest dzisiaj zawrotne.

A jak pandemia i rok 2020 zmienił pracę w Państwa kancelarii.

BK-N: Jest jedna zasadnicza i bardzo pozytywna zmiana – możemy spokojnie jednego dnia przeprowadzić online trzy rozprawy będąc w naszej bibliotece, zamiast jechać do Rzeszowa, Warszawy i Gdańska. To jest zmiana jakościowa, która oszczędza nasze zdrowie i czas. I tak naprawdę to rozwiązanie mogłoby zostać już z nami na zawsze.

Zyskaliście to, co najcenniejsze – czas. I znowu w okresie, kiedy inni lamentują, wykorzystujecie zmieniającą się rzeczywistość i widzicie w niej pozytywy. Niesamowite.

BK-N: Wprowadzenie rozpraw online oceniamy jako rewolucyjną zmianę. Dzięki temu przyspieszyły też sprawy frankowe – zdarza się tak, że po jednej rozprawie i przesłuchaniu klientów mamy wyrok bez wychodzenia z domu.

MK: Zdecydowana większość rozpraw w sprawach naszych klientów mogłaby się odbywać online. Musimy też pamiętać o naszych pracownikach. Zaczynaliśmy w małym zespole jeszcze przy ulicy Marcelińskiej. Dzisiaj, choć jesteśmy kancelarią butikową, zatrudniamy blisko 20 osób. Mamy też oddział w Warszawie.

BK-N: Kilku prawników i szefowa naszego sekretariatu są z nami niemalże od samego początku. To na pewno mocny filar naszej kancelarii. Oni wszyscy mają swój wkład w jej rozwój.

Jakie macie plany na przyszłość?

BK-N: Chcemy, żeby wszystkie nasze sprawy frankowe zakończyły się sukcesem naszych klientów, żebyśmy mogli odłożyć je już na półkę z poczuciem spełnionej misji. Chcemy zamknąć ten rozdział klamrą i patrzeć na nasze dokończone i udane dzieło. Podziwiać je i cieszyć się tym. Mamy nadzieję, że uchwała Sądu Najwyższego już 25 marca bardzo przybliży nas do tego.

MK: I już chcielibyśmy się skupić na uczestnictwie w sukcesach naszych klientów, ale jeszcze z innej strony. Mam tu na myśli przedsiębiorców, którzy realizują duże projekty, takie jak np. farmy wiatrowe. Obiecaliśmy sobie, że nie wejdziemy już w żadną nową aferę finansową. Z tą zrobimy co należy i co potrafimy najlepiej, i zamkniemy ten rozdział. Zakończymy dzieło. I wrócimy do tego, od czego zaczynaliśmy. Chyba, że… (śmiech).

Tego Państwu i Waszym klientom życzę.

BK-N i MK: Dziękujemy.